Wilder Freiger (wł. Cima Libera, 3 418 m n.p.m.) to siódmy co do wysokości szczyt Alp Sztubajskich, położony na austriacko-włoskiej granicy. Choć wierzchołek góruje nad monumentalnymi lodowcami Sulzenauferner i Freigerferner, wejście na niego nie wymaga ich przekraczania. Na szczyt tego potężnego trzytysięcznika można wejść w większości po suchej skale, co czyni go genialnym celem na ambitny, wysokogórski trekking bez konieczności używania sprzętu lodowcowego.
Wilder Freiger należy do zestawienia Seven Summits Stubai, stworzonego przez lokalne centrum turystyczne doliny Stubai. Zdobycie siedmiu wierzchołków uprawnia do statuetki, zdjęcia na stronę internetową oraz wpisu do tabeli sław. Już tylko trzy wystarczą natomiast do otrzymania pamiątkowej koszulki z wizerunkami wszystkich siedmiu szczytów. Choć w momencie tworzenia tego wpisu mój własny egzemplarz jest już bardzo znoszony (to już prawie 5 lat!), trzyma się na nim zarówno nadruk z nazwą projektu, jak i sylwetki wszystkich gór ;).
Nie ukrywam, że Wilder Freiger ma szczególne miejsce w moim sercu. Jest to bowiem pierwszy szczyt w moim górskim CV z tą magiczną trójką z przodu ;). W moich wspomnieniach wejście zapisało się jako krzyżówka potężnej dawki satysfakcji, onieśmielających widoków, ale też gigantycznego zmęczenia. Zapraszam więc na powrót w przeszłość, do czasów gdy dopiero zaczynałem moją przygodę zarówno z chodzeniem po znacznych wysokościach, jak i z zagranicznymi górami w ogóle.
Spis treści
- Wilder Freiger – najważniejsze informacje o wejściu
- Odcinek z Grawa Alm do Sulzenauhütte
- Podejście z Sulzenauhütte
- Szczyt Wilder Freiger
- Powrót do Grawa Alm
- Mapa wycieczki
Wilder Freiger – najważniejsze informacje o wejściu
- W niniejszym wpisie opiszę wejście na Wilder Freiger od strony austriackiej – bezpośrednio z parkingu przy schronisku Grawa Alm w dolinie Stubai (wysokość: 1 530 m n.p.m.). Podejście jest stricte trekkingowe i wiedzie głównie po skale. W czasie naszego, późno-sierpniowego wyjścia, jedynie w samej końcówce pojawiła się konieczność przekroczenia niewielkiego fragmentu lodowca. Mimo wszystko, na wszelki wypadek radziłbym spakować do plecaka raki. My poradziliśmy sobie bez, ale mówiąc szczerze – byliśmy wówczas jeszcze bardzo mało doświadczeni w wysokogórskich wędrówkach. Analizując tą wycieczkę z perspektywy czasu, myślę, że końcówka kwalifikowała się na ubranie raków.
- Cała opisywana wyprawa liczy sobie ok. 25 kilometrów w obie strony oraz wymaga pokonania ponad 2 000 metrów różnicy wysokości. Wyrypka jest więc niezła ;). W czasie wycieczki mijamy jedno schronisko – Sulzenauhütte, które teoretycznie mogłoby posłużyć do rozbicia trasy na dwa etapy.
- Drugim wariantem zdobywania Wilder Freigera od strony austriackiej jest tzw. droga lubecka (Lübecker Weg), prowadząca bezpośrednio przez lodowiec Fernerstube. Jest to opcja dla osób wyposażonych w pełen sprzęt zimowy oraz w umiejętności asekuracji na lodowcu. Do Fernerstube podchodzi się z wspomnianego Sulzenauhütte albo z sąsiedniego Dresdner Hütte.
- Bazą wypadową na Wilder Freiger od strony włoskiej jest miejscowość Maiern w Tyrolu Południowym. Podobnie jak „nasz wariant”, również i ta droga wiąże się z koniecznością pokonania ponad 2 000 metrów różnicy wysokości, ale nie wymaga przejścia przez lodowiec. Rzut beretem od szczytu znajduje się Becherhaus (3 195 m n.p.m.), najwyżej położone schronisko w Alpach Sztubajskich. W trakcie wycieczki wariantem włoskim miniemy również Grohmannhütte (ok. 2 250 m n.p.m.) oraz Teplitzer Hütte (ok. 2 580 m n.p.m.).
Odcinek z Grawa Alm do Sulzenauhütte
Dochodzi godzina 8, gdy zajeżdżamy na bezpłatny parking przy schronisku Grawa Alm, położony ok. 15 km od Neustift im Stubaital, zaraz przy głównej drodze Gletscherstraße (wysokość: 1 520 m n.p.m.; współrzędne: 47.0145819N, 11.1868322E, link do mapy). Plac jest całkiem puściutki, co wiązałbym ze splotem kilku okoliczności. Po pierwsze – jest jeszcze dosyć wcześnie (coraz częściej mamy wrażenie, że poza Polską złotą zasadę wczesnego wychodzenia w góry traktuje się mniej rygorystycznie), po drugie – dolina Stubai cieszy się znacznie większym powodzeniem wśród turystów zimą niż latem, a po trzecie – cały czas trwa ta przeklęta pandemia.
Szlak Wilder Wasser Weg („Droga Dzikiej Wody”) w kilkanaście minut doprowadza nas pod gigantyczny wodospad – Grawa Wasserfall o wysokości 180 metrów (dla porównania – Wielka Siklawa, największy wodospad w Polsce, ma 65-70 metrów) oraz szerokości 85 metrów (najszerszy w Alpach Wschodnich). Wodospad jest zasilany przez potok Sulzaubach, który bierze swój początek z topniejących lodowców, dlatego największe wrażenie robi wczesnym latem. U jego stóp wybudowano specjalne drewniane platformy z leżakami, gdzie można odpocząć i wdychać zdrowotny, wodny aerozol. Muszę przyznać – bardzo ładne miejsce ;).


Idąc po stromym, zalesionym zboczu, po kilkuset metrach dobijamy do szlaku nr 136. Skręcamy w lewo, a następnie przez kilka minut trawersujemy zbocze na wysokości ok. 1 800 m n.p.m. Chwilę później ścieżka ponownie zbliża się do potoku Sulzenaubach. Przez następny kilometr podążamy dnem potężnej, U-kształtnej doliny, zamkniętej od południa imponującym 300-metrowym progiem skalnym. Ze zbocza spada kolejny z imponujących wodospadów – Sulzenaufall. Na progu znajduje się natomiast widoczne z daleka schronisko turystyczne – Sulzenauhütte.



Przyznaję, że dolina niemal z marszu robi na mnie ogromne wrażenie. Porusza przede wszystkim jej monumentalizm – wszystko tu wydaje się jakby większe, potężniejsze, bardziej imponujące od czegokolwiek, co wcześniej widziałem w naszych Tatrach czy Karkonoszach. Podejście pod próg skalny jest, jak się pewnie domyślacie, strome i mozolne. Idziemy jednak wytrwale, delektując się fantastycznymi widokami na wodospad i dolinę. Schronisko Sulzenauhütte (2 191 m n.p.m.) mijamy ok. godziny 10, a więc w dwie godziny od rozpoczęcia wycieczki. Przerwy jeszcze jednak nie robimy, wytrwale prując w kierunku naszego pierwszego trzytysięcznika.


Podejście z Sulzenauhütte
Ponad schroniskiem dochodzimy do rozdroża szlaków – w lewo odchodzi wariant lodowcowy – Lubecker Weg, a w prawo nasz wariant – Stubaier Höhenweg. Idąc wśród niezwykle sielskich, zielonych łąk i pasących się owieczek, po kilkudziesięciu minutach dochodzimy do niewielkiego jeziora cyrkowego – Grünausee. Miejsce wygląda jak przeniesione wprost z bajkowego obrazka, jest wręcz nieziemsko piękne. Nic tylko usiąść na trawce, spojrzeć w góry i kontemplować, cieszyć się chwilą…




Ale na odpoczynek przyjdzie nam jeszcze poczekać! Pomimo dobrego tempa, mamy świadomość, że 8 rano na szlaku to dość późno jak na zdobywanie trzytysięcznika i powinniśmy bez większych przerw cisnąć dalej. Ponad Grünausee teren na powrót staje się bardziej stromy. Stopniowo znika też trawa, zastąpiona przez wszędobylskie, brązowawe kamienie.
Następne kilometry mijają nam na mozolnym nabywaniu wysokości w sypkim, kamyczkowym terenie, gdzieniegdzie uzupełnionym koniecznością przejścia przez niewielkie pola śnieżne. Im jesteśmy wyżej, tym szlak staje się bardziej stromy i skalisty. Nie ukrywam, że mnie, przyzwyczajonemu do beskidzkich ścieżek i tatrzańskich chodników, podejście wydawało się wówczas dosyć uciążliwe. Dziś wiem jednak, że tego typu szlaki to w wyższych partiach Alp raczej standard niż wyjątek od reguły. Trzeba się więc szybko przystosowywać i bacznie zwracać uwagę na oznakowanie (w przypadku Alp Sztubajskich – białe i czerwone paski).



W ten sposób, na przestrzeni następnych kilkudziesięciu minut mijamy przełęcz Seescharte (2762 m n.p.m.), kolejne, niewielkie jeziorko – Sebel-See oraz szlakowe odbicie na Gamsspizl (3 051 m n.p.m.). Kamieni coraz więcej, ale podejście cały czas ma charakter stricte trekkingowy. Delikatny akcent wspinaczkowy był tylko jeden i stanowił nietrudną ściankę, ubezpieczoną zresztą żelazną liną. Wszelkie zmęczenie rekompensują fantastyczne widoki, obejmujące dziesiątki pokrytych lodowcami szczytów. Dociera do mnie, że my naprawdę zorganizowaliśmy ten wyjazd, przyjechaliśmy tutaj, właśnie przekraczamy magiczną barierę 3 000 m n.p.m., wokół siebie mamy zwały wiecznego śniegu… Spełnienie marzeń!



W ostatniej fazie podejścia jesteśmy zmuszeni do pokonania czegoś co, jeden nazwałbym rozległym polem śnieżnym, inny – peryferiami lodowca. Jakby nie było – pod stopami mamy substancję białą, zimną i całkiem śliską ;). Z tego co zdążyłem się zorientować, występowanie pól śnieżnych w tym miejscu nie jest regułą, zwłaszcza w połowie sierpnia. My na to trafiliśmy, ale są i lata, kiedy grań jest całkiem wytopiona. Ot, piękna dynamika wysokogórskich warunków.





Szczyt Wilder Freiger
Krok po kroku, oddech po oddechu, docieramy do austriacko-włoskiej granicy. Następnie skręcamy w prawo i już po kilku minutach graniowej wycieczki meldujemy się na szczycie przepięknym, majestatycznym szczycie Wilder Freiger (3 418 m n.p.m.). Całość zajmuje nam ok. 6 godziny, co należy uznać za wynik naprawdę dobry. Do pokonania było przecież około 2 000 metrów różnicy wysokości w raczej średniokomfortowych warunkach.
Co czuje człowiek na wierzchołku swojego pierwszego trzytysięcznika, po raz pierwszy obserwując lodowce i absolutny bezkres Alp? Cóż, myślę, że żadne słowo tego nie odda. To taka mieszanina satysfakcji, zachwytu i takiego zwyczajnego, dziecięcego „szczęścia”. Poza nami na wierzchołku jest jeszcze parę osób, ale tłumów tu generalnie nie ma. Chmury nadal tworzą swój bajeczny spektakl, ale panorama mimo wszystko jest spektakularnie bogata. Jak na dłoni widać wielkie zwały sąsiednich lodowców oraz dziesiątki (jak nie setki!) alpejskich szczytów, ciągnących się hen, po horyzont.
Na szczycie robimy sobie oczywiście zasłużoną, dłuższą przerwę oraz cykamy kilka zdjęć z ogromnym krzyżem. Jest fantastycznie… Jakim ja jestem szczęściarzem, że mogę tutaj być!





Powrót do Grawa Alm
Z racji na brak sprzętu lodowcowego (oraz umiejętności poruszania się po nim) ze szczytu Wilder Freiger schodzimy w taki sam sposób, w jaki żeśmy weszli. Idziemy więc z powrotem granią, a następnie pokonujemy wspomniane przeze mnie wyżej, nieszczęsne pola śnieżne. Ponieważ nie mamy ze sobą raków i czekana, zachowujemy tu szczególną koncentrację. Nie zawsze cokolwiek to daje, bo i jeden i drugi zjeżdża i ślizga się tutaj niemiłosiernie. Mam nawet z tego filmik – uwieczniający moje desperackie próby łapania przyczepności i Martynę, która mówi, że właśnie przemokły jej buty. Wracam do tego nagrania z ogromnym sentymentem, ale ponieważ dzisiaj jestem (mam nadzieję!) odrobinę mądrzejszy to przyznam się bez bicia: tam powinny być raki, a może nawet i czekan. Gdybym miał tam iść jeszcze raz, do plecaka bym ten sprzęt włożył. Czy bym go użył? Tego nie wiem. Tak jak już pisałem – warunki są w tym miejscu różne, w zależności od konkretnego sezonu. Ponieważ w Alpach (i na planecie w ogóle) generalnie jest coraz cieplej, ryzyko natrafienia na pola śnieżne jest zapewne coraz mniejsze.

Podczas dalszej wędrówki czuję jak adrenalina stopniowo spada, a moje ciało zaczyna coraz mocniej krzyczeć „zmęczenie! zmęczenie!”. Drogę powrotną zapamiętałem więc jako heroiczną walkę z samym sobą i stale postępującym osłabieniem. W schronisku Sulzenauhütte melduje się ponownie po ok. 3 godzinach od rozpoczęcia schodzenia ze szczytu. Melduję, ale… nie zostaje wpuszczony. Nie mam przy sobie paszportu covidowego, przez co zostaje poproszony o zajęcie miejsca na tarasie… Bardzo mnie to zasmuca, ponieważ do zmęczenia doszło w międzyczasie spore poczucie wychłodzenia. Ah, że też nie pomyślałem, żeby brać papierowej kartki z datą szczepiania na trzytysięcznik!


Kiedy tak powoli dochodzę do siebie, pełna energii Martyna… wchodzi na znajdującą się przy schronisku ferracie. Stoję więc na tym nieszczęsnym tarasie i przypatruję się jak moja górska kompanka (a przy okazji także i siostra ;d) przechodzi przez mostek tybetański, przerzucony przez rwącą rzekę. Po ukończeniu ferraty, kontynuujemy zejście do Grawa Alm. Idzie mi się już dobrze, dzięki czemu mogliśmy wrócić do normalnego, sprawnego tempa. Co mi właściwie było? Z perspektywy czasu myślę, że na moją czasową niedyspozycję nałożyło się kilka rzeczy. Po pierwsze – poprzedniego dnia dojechaliśmy na miejsce ok. 13 i od razu poszliśmy w góry – na Elferspitze. Żadnego porządnego obiadu, a przed takim trzytysięcznikiem warto było się przecież zawczasu „naładować”. Po drugie – kondycyjnie był to bardzo intensywny wysiłek, nawet dla osoby całkiem wytrenowanej. Wreszcie, po trzecie, niewykluczone, że problemem była wysokość. 3418 metrów to już przecież naprawdę sporo! Z jednej strony cieszę się więc, że mi przeszło, z drugiej – jestem mocno zirytowany na własny organizm. Postanawiam sobie, że następny trzytysięcznik zrobię w świetnej formie, bez żadnych kryzysów i… zamierzenie to realizuje już dwa dni później ;).



Schodzimy praktycznie cały czas tak samo, jak wchodziliśmy. Jedynie w samej końcówce nie przechodzimy ponownie obok wodospadów, tylko dobijamy do asfaltu szlakiem nr 136. Ostatnie akordy trekkingu mijają nam zresztą w towarzystwie dwóch spotkanych Polaków. Rodacy relacjonują, że przez cały dzień jeździli kolejkami należącymi do ośrodka narciarskiego Stubai. Cieszą się, że w ten sposób mieli trzytysięczniki praktycznie „za darmo”. No cóż… z grzeczności potakujemy i kiwamy głowami, ale dla nas, rzecz jasna, taka forma odkrywania gór nie wydaje się przesadnie interesująca. Swoją drogą, chłopaków nawet podwozimy na górny parking, bo jak się później okazało, zeszli w inne miejsce niż zostawili samochód.
Akcję górską kończymy o 19.30, co daje nam około dwunastu godzin cudownej aktywności. Ponieważ na jutro zapowiadają burzę, planujemy tylko krótki, poranny trekking, a także (rzecz jasna!) konieczną regenerację!
Data wycieczki: 19 sierpnia 2021 roku
Statystyki wycieczki: 25 km; 2 070 metrów różnicy wysokości
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.
