Posmakowanie skituringu chodziło nam po głowie już od dłuższego czasu. Kusiła wizja spokojnego podejścia, a potem nagroda w postaci długiego, swobodnego zjazdu w otwartym terenie. Zamierzenie postanowiliśmy spełnić w pewną słoneczną, styczniową niedzielę, a jako miejsce pierwszych skiturów wybraliśmy Turbacz. Na najwyższy szczyt Gorców ruszyliśmy czerwonym szlakiem turystycznym z Rabki-Zdrój. Jak nam poszło? Czy trasa była wyborem dobrym czy może błędem nowicjuszy? Po odpowiedzi na te pytania zapraszam do lektury dalszej części artykułu!
A jeśli szukasz opisu trekkingowego wejścia na Turbacz w warunkach zimowych zajrzyj tutaj!
Spis treści
- Start z Rabki-Zdrój
- Bacówka PTTK na Maciejowej
- Schronisko PTTK Stare Wierchy i podejście na Obidowiec
- Śladami Olimpijczyków
- Szczyt Turbacza i początek zjazdu
- Kłopotliwy „zjazd”
- Powrót do Rabki-Zdrój
- Mapa wycieczki
- Bibliografia
Start z Rabki-Zdrój
Jest kilka minut po godzinie 8, gdy zajeżdżamy pod wybraną wypożyczalnię sprzętu narciarskiego, ulokowaną w podhalańskiej Chabówce. Z zapałem przystępujemy do przymierzania otrzymanych skiturów, zachwycając się niesamowitą wygodą butów oraz niewielką wagą całego kompletu. Kiedy mamy już wszystko, przejeżdżamy do Rabki-Zdrój i pozostawiamy samochód na darmowym parkingu przy czerwonym szlaku turystycznym (współrzędne: 49.5989336N, 19.9804156E, wysokość: ok. 610 m n.p.m.).
Zaczynamy szeroką drogą gruntową, wspinając się po łagodnych zboczach szczytu Tatarów (710 m n.p.m.). Szlak prowadzi teraz rozległym terenem otwartym, pośród obszernej panoramy widokowej na pobliskie szczyty Beskidu Wyspowego: Luboń Wielki (1 022 m n.p.m.), Lubogoszcz (968 m n.p.m.), Śnieżnicę (1 006 m n.p.m.) czy też Ćwilin (1 072 m n.p.m.). Ze względu na ostatnią odwilż, na drodze znajduje się sporo lodu oraz prześwitujących kamieni. Szusujemy więc wzdłuż szlaku, po rozległych polach śnieżnych. Pierwsze wrażenia ze skiturów są bardzo dobre. Podchodzenie jest satysfakcjonujące, sprzęt leciutki, a ruchy przyjemnie płynne. Tempo jest raczej wolniejsze od naszego „pieszego”, ale przecież wszystko wymaga nabycia wprawy!


Niespełna kilometr po opuszczeniu parkingu szlak wchodzi między drzewa. Las jest jeszcze rzadki, co jakiś czas odsłaniając widoki na pobliskie beskidzkie wzniesienia. Warunki śniegowe są kiepskie, co zmusza do ciągłego uważania na wystające kamienie i szukania obejść. Mimo wszystko, miarowe zdobywanie wysokości cały czas wydaje mi się bardzo satysfakcjonujące, a momentami wręcz relaksujące.
W pewnym momencie nasza grupa się rozdziela, a leśne podejście kontynuuję samotnie. W tenże sposób, po kilkunastu minutach od opuszczenia pól nad Rabką, wychodzę na kolejny teren otwarty. Tym razem jest to rozległa trasa narciarska, będąca pamiątką po nieczynnym od 2018 roku ośrodku Maciejowa Ski. Szkoda, że wyciąg już nie działa, ponieważ zjazd wygląda bardzo zachęcająco.


Bacówka PTTK na Maciejowej
Kolejne kilkanaście minut leśnego podejścia i drzewa ponownie ustępują miejsca rozległemu terenowi otwartemu. Znajduje się na rozległej polanie Przysłop, na skraju której znajduje się urokliwa bacówka PTTK na Maciejowej (852 m n.p.m.). Obiekt powstał w 1977 roku, jako część ciekawej koncepcji znanego działacza PTTK, Edwarda Moskały. Człowiek ten zauważył, że popularne schroniska górskie często pękają w szwach, co jest dalece niekorzystne dla turysty indywidualnego – spragnionego klimatu, ciszy i spokoju. Moskała zainicjował więc projekt budowy niewielkich, drewnianych bacówek. Zapewniały one turyście nocleg i pożywienie w kameralnych, spokojnych warunkach. Bacówka na Maciejowej jest właśnie jednym z takich obiektów. Największą atrakcją polany Przysłop jest jednak niesamowita panorama widokowa na całe Tatry.

Zaraz za bacówką PTTK na Maciejowej od GSB odbija szlak zielony – w prawo, w kierunku miejscowości Ponice. Ja natomiast kontynuuję szlakiem grzbietowym, biegnącym prosto, cały czas gęstym lasem. Kiedy czuję, że trasa robi się odrobinę zbyt mozolna, wkładam do uszu słuchawki i odpalam ciekawego audiobooka (bardzo polecam ten sposób na nieco bardziej „koneserskie” odcinki!). Na następnych dwóch kilometrach nabywam prawie 150 metrów różnicy wysokości. Trawersuje wierzchołek Jaworzyny Ponickiej (996 m n.p.m.), a następnie ostrożnie zjeżdżam do przełęczy Pośrednie (918 m n.p.m.) z niewielką polaną.

Schronisko PTTK Stare Wierchy i podejście na Obidowiec
Po pokonaniu zaledwie pół kilometra od przełęczy Pośrednie, melduje się przy kolejnym budynku na dzisiejszej trasie, a mianowicie przy schronisku PTTK Stare Wierchy (968 m n.p.m.). Obiekt powstał w latach 1972-1974 i nosi imię zasłużonego działacza rabczańskiego PTTK – Czesława Trybowskiego. Przy schronisku znajduje się rozległa polana – kolejny fantastyczny punkt widokowy na Tatry.
Przez moment zastanawiam się nad zrobieniem w tym miejscu przerwy, ale szybko rezygnuję z tego pomysłu. Na Turbacz dalej jest bowiem daleko, a podchodzenie na skiturach nie jest tak sprawne, jak sobie to wcześniej wyobrażałem. Idę więc dalej, niezmiennie czerwonym szlakiem turystycznym, fragmentem Głównego Szlaku Beskidzkiego i wzdłuż granicy Gorczańskiego Parku Narodowego. Przechodzę przez zalesiony szczyt Groniki (1 027 m n.p.m.), a następnie schodzę do przełęczy Pudziska (ok. 1 000 m n.p.m.). W tym miejscu znajduje kolejną widokową polanę, jedną z wielu pamiątek po intensywnie prowadzonym tu niegdyś wypasie.
Następny kilometr mija mi pod znakiem łagodnego podejścia na Obidowiec (1 106 m n.p.m.), kolejny z mało wybitnych wierzchołków głównego grzbietu Gorców. Pod szczytem znajduje się kolejna polana pasterska z drewnianym szałasem, tablicą informacyjną GPN oraz szeroką panoramą widokową na Tatry, Gorce i Beskid Wyspowy. Ruszając dalej, mijam natomiast charakterystyczny krzyż, upamiętniający katastrofę lotniczą z 25 maja 1973 roku.



Śladami Olimpijczyków
Opuszczam okolice Obidowca i kontynuuję podejście szlakiem czerwonym. Im wyżej jestem, tym zima jest ładniejsza, a spacer przyjemniejszy. Z drugiej jednak strony, szlak staje się coraz bardziej wąski, co robi w mojej głowie pierwsze myśli typu „spoko, spoko, ale jak ja tutaj zjadę?”.
Dwa kilometry za Obidowcem podchodzę pod szczyt Rozdziele (1 188 m n.p.m.). Znajduje tu kolejną, sympatyczną polanę z widokiem na Tatry i… elegancko przygotowaną, szeroką nartostradę. Znajduje się teraz na trasie do narciarstwa biegowego „Śladami Olimpijczyków”, wiodącej z miejscowości Obidowa. Podejście z marszu staje się znacznie bardziej komfortowe, a wokoło migają mi postacie wielu innych skiturowców. Kilku z nich udaje mi się nawet wyprzedzić, co, nie ukrywam, sprawia mi sporo radochy i satysfakcji.
„Śladami Olimpijczyków” to fantastyczna, ratrakowana trasa; ewenement na skalę krajową. Dlaczego więc wybraliśmy podejście z Rabki? Otóż dlatego, że trasa z Obidowej reklamuje się jako miejsce przeznaczone do uprawiania biegów narciarskich. Nazwijcie to słabym rozeznaniem, ale sądziliśmy, że skiturowcy mile widziani tu nie są.
W tenże sposób, w bardzo komfortowych warunkach docieram do odbicia czerwonego szlaku na szczyt Turbacza. Po krótkim wahaniu postanawiam trzymać się trasy „Śladami Olimpijczyków”, zbaczając tym samym na połączony szlak żółty, niebieski i zielony. Dzięki temu, przechodzę skrajem prześlicznej Hali Turbacz, a po kilkunastu minutach łagodnego podejścia zachodzę pod popularne schronisko PTTK im. Władysława Orkana (1 283 m n.p.m.). Obiekt wita mnie sporą chmarą ludzi, spośród których istotną część stanowią inni narciarze. Zadowolony siadam na murku, ciesząc się promieniami słońca, ciepłą herbatą i smakiem zmarzniętej kanapki.





Szczyt Turbacza i początek zjazdu
Pomimo stosunkowo późnej godziny, decyduję się dopełnić dzieła i zdobyć na dwóch deskach najwyższy szczyt Gorców. Ruszam więc czerwonym szlakiem, pokonując pół kilometra dystansu i 30 metrów różnicy wysokości. Na Turbaczu (1 310 m n.p.m.) staję o godzinie 14, a więc ok. 5 godzin po opuszczeniu parkingu w Rabce-Zdrój. Trud wycieczki wynagradza mi wspaniała panorama na Tatry, widziane z tej perspektywy w całej okazałości. Jest dobrze! Jest nawet bardzo dobrze!
Kilkanaście minut przerwy na zachwyty i czas przygotowywać do zjazdu. Czuję lekką ekscytację, ponieważ właśnie na tą część wycieczki nastawiam się od jej samego początku. Ze względu na totalny brak wprawy, przemiana nart z wejściowych na zjazdowe kosztuje mnie sporo wysiłku, a nawet jeden solidny zawał (wywołany silnym przestrachem, że całkowicie popsułem wiązania ;D). Koniec końców, wszystko jednak ogarniam i rozpoczynam powolne zjeżdżanie.
Pod Turbaczem zgaduję się z innym skiturowcem-debiutantem i w drogę powrotną ruszam w jego towarzystwie. Rozdzielamy się dopiero na polanie Rozdziele, skąd ja kontynuuję szlakiem czerwonym, a mój chwilowy kompan zjeżdża do Obidowej. Pierwsze wrażenia ze zjazdu są bardzo pozytywne, chociaż przyznaję, że mam pewne problemy z pełnym „czuciem” nart. Deski otrzymane w wypożyczalni są bowiem aż 20 centymetrów dłuższe od tych, których miałem okazję dotychczas używać. Myślę sobie jednak, że trochę wprawy i również do tego przyzwyczaję się całkowicie.


Kłopotliwy „zjazd”
Stojąc na szczycie Turbacza nie miałem świadomości, że najtrudniejsza część mojej wycieczki jest dopiero przede mną. Czerwony szlak okazuje się bowiem na tyle wąski, że czynienie na nim jakichkolwiek skrętów po prostu nie wchodzi w rachubę. Wysokość tracę więc dosyć powoli, zsuwając się na deskach ustawionych w charakterystyczny pług. Sposób ten okazuje się zaskakująco męczący – zarówno dla ciała, jak i dla umysłu.
Najtrudniejsze okazuje się jednak co innego. Idąc w pierwszą stronę, na narty miałem założone foki, czyli płachtę materiału, zapewniającą odpowiednie tarcie na podchodzeniu. Poruszając się równym rytmem, nie rejestrowałem w głowie oczywistego faktu, że główny grzbiet Gorców nie tylko nie stanowi jednolitego podejścia, ale w istocie złożony jest z niewielu mało wyróżniających się kulminacji i przełączek. O ile na pieszo na większość tych „minipodejść” nie zwróciłbym większej uwagi, tak na nartach bez fok wszystkie one wydawały się niesamowicie wymagające. Każde najmniejszy wznios terenu to przechodzenie do jodełki i intensywna praca całego ciała.
Z tychże powodów, skiturowy powrót szlakiem czerwonym zapisuje mi się w głowie nie jako romantyczny zjazd pośród białego puchu, a raczej jako wyjątkowo intensywny trening kondycyjny. Bezsprzecznie najtrudniejszą chwilą był odcinek za Starymi Wierchami, wymagający pokonania prawie 100 metrowego podejścia z przełęczy Pośrednie na Jaworzynę Ponicką. Gramolę się tu niemiłosiernie, a w głowie mam tylko to, że dochodzi już godzina 16, a styczniowy dzień przecież bardzo szybko chyli się ku końcowi.


Powrót do Rabki-Zdrój
Im niższa wysokość nad poziomem morza, tym warunki śniegowe na szlaku stają się coraz gorsze. Na zjazdach cały czas trzymam pług, ale teraz uważam jeszcze na liczne oblodzenia i wystające kamienie. Z moją ekipą na powrót łączę się przy bacówce PTTK na Maciejowej – akurat w takim momencie, aby wspólnie obejrzeć fantastyczny zachód słońca. Przy całym zmęczeniu tym dniem i trudem drogi powrotnej, chwila wydaje mi się piękna i zdecydowanie warta zapamiętania.
W chwilę później ponownie odjeżdżam od moich towarzyszy. Jako jedyny decyduję się bowiem zjeżdżać, uznając że, mimo wszystko, jest to najbardziej komfortowy sposób znalezienia się na dole. Sunę więc dalej, uważając na kamienie i rozliczne płaty gołej ziemi. Dwojąc się i trojąc, docieram z powrotem do rozległych pól nad Rabką. Tu wreszcie mogę trochę pozjeżdżać – poczuć przestrzeń, zostać na krawędzi. Z tego wszystkiego mylę jednak kierunek, sunąc prosto, podczas gdy powinienem kierować się na lewo. Orientuje się na tyle szybko, że mogę jeszcze naprawić swój błąd wykonaniem kilkunastominutowego trawersu. Ah, jakby brakowało mi dzisiaj kilometrów na tej „lekkiej” trasie!

Przy samochodzie melduje się około godziny 17.30. Jestem potwornie zmęczony, ale w sumie… zadowolony. Taka jest już ta nasza dziwna, górska natura, prawda? Reszta grupy dociera ok. pół godziny później, w świetle czołówki i z nartami na barkach. Z radością wsiadamy do ciepłego auta, wymieniamy się doświadczeniami i kierujemy się w stronę wypożyczalni.
Z perspektywy czasu uważam, że decyzja o skiturach była bardzo dobra. Od dawna myślałem o tej aktywności i cieszę się, że wreszcie jej zasmakowałem. Podejście było satysfakcjonujące, a zjazd momentami ekscytujący. Wybór trasy oceniam natomiast jako kiepski. Nie ma sensu udawać – to nie była najlepsza opcja na skitury i wariant z Obidowej z pewnością byłby znacznie bardziej trafiony. Człowiek uczy się jednak na błędach, dlatego za ten konkretny nie mam zamiaru przesadnie się obwiniać.
Data wycieczki: 18 stycznia 2026 roku
Statystyki wycieczki: 29,31 km; 970 metrów różnicy wysokości
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.
Mapa wycieczki
Bibliografia
- Gorce. Przewodnik dla prawdziwego turysty, wydanie III, Oficyna Wydawnicza Rewasz, Pruszków 2020.

One thought on “Turbacz na skiturach – z Rabki-Zdrój”