W samym sercu Kaukazu Zachodniego, w cieniu potężnych pięciotysieczników, waleczny ród Swanów setki lat temu postanowił założyć jedną ze swoich osad. Wioska nie dość, że przetrwała, to jeszcze stała się jednym z najpopularniejszych celów turystów przybywających do Gruzji. Dlaczego? Nieco dziki klimat, chaos, tradycyjna gruzińska kuchnia i górująca nad tym wszystkim Shkhara (5193 m n.p.m.) – przyznajcie, że brzmi zachęcająco. Jeśli dodać, że Ushguli według niektórych źródeł uznawana jest za najwyżej położoną osadę w Europie, mamy już konkretny cel wielu zorganizowanych wycieczek. Obecnie do wioski bez żadnego problemu można już dotrzeć samochodem, ale budowa betonowej drogi w tym miejscu jest kwestią ostatnich kilku lat. Dawniej konieczne były do tego pojazdy z napędem 4×4 oraz nieco odwagi. My jednak z całego serca polecamy wybrać się do Ushguli pieszo 2 lub 3-dniowym trekkingiem z Mestii. Zapraszam do przeczytania relacji z drugiego dnia podróży, w którym wyruszając z Adishi docieramy do naszego upragnionego celu.
Spis treści
- Najważniejsze informacje
- Start trekkingu z Adishi
- Przeprawa przez rzekę
- Podeście na przełęcz Chkhunderi (2 722 m n.p.m.)
- Lagem Pass (2 990 m n.p.m.) i bezimmienny trzytysięcznik
- Zejście do Usghuli
- Słów kilka o Usghuli
- Mapa wycieczki
Najważniejsze informacje
- Mieszkańcy Ushguli dumnie ogłaszają się najwyżej położoną wioską w Europie. Czy jest to Europa to niech każdy oceni sam, ale trzeba przyznać, że wysokość 2 200 m n.p.m. robi wrażenie.
- Ushguli leży u podnóża góry Shkhara (5193 m n.p.m.) – najwyższego szczytu Gruzji, stanowiącego część „Ściany Bezingi” Kaukazu Zachodniego.
- Popularną opcją trekkingową z Ushguli jest spacer pod lodowiec Shkhara. Prowadzi tam jednak średniej urody droga gruntowa. Liczy prawie 10 km i niecałe 500 metrów przewyższenia. Na końcu, 1,5 km przed samym lodowcem, zlokalizowana jest mała kawiarenka.
- Do Ushguli można dotrzeć pieszo aż na trzy sposoby: od zachodu żółtym szlakiem z Iprari, czerwonym szlakiem od północnego zachodu z Adishi oraz od strony południowej, również czerwonym szlakiem z Chvelpi. Obecnie do wioski można również dojechać drogą betonową z Mestii.
- W Ushguli bez problemu można zarezerwować noclegi przez znane portale internetowe. My zrobiliśmy to z dnia na dzień w samym środku sezonu.
- W wiosce znaleźć można wiele sklepików, restauracji i barów. Ceny są tu znacznie wyższe niż w pozostałej części Gruzji, ale nadal cieszące oko przeciętnego Europejczyka.
- Miasto wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Znajduje się tu muzeum miasta Ushguli, wiele swaneckich wieżyczek (do niektórych można wejść), kościół z freskami z XII wieku oraz niezwykle urokliwe kino, które z całego serca polecamy.
- W Ushguli można wypożyczyć konia by zwiedzać miasto wierzchem lub udać się w podróż pod lodowiec Shkhara. Co ciekawe, umiejętność jazdy konnej nie jest tu absolutnie wymagana. Brzmi to trochę ryzykownie, ale sami skorzystaliśmy z tej opcji i trzeba przyznać, że gruzińskie konie wiedzą co robią.
Start trekkingu z Adishi
Dzień rozpoczynamy w miejscowości Adishi, do której to wczoraj przyszliśmy z Mestii. Relację z tego pięknego (choć męczącego) trekkingu znajdziesz pod tym linkiem.
Z pobudką się dzisiaj nie spieszymy, ponieważ śniadanie tak czy tak dostajemy dopiero o godzinie 8. Wysypiamy się więc całkiem dobrze (i to pomimo braku ogrzewania w pokoju). Nasz zapał zostaje nieco ostudzony dopiero skromnym śniadaniem i wyjątkowo niemiłą gospodynią, niezbyt hojnie racjonującą nam porcje. No cóż, nie jest idealnie, ale nie ma na co narzekać i trzeba brać co dają. W ten sposób, pierwszy raz w życiu jem na śniadanie kaszę gryczaną z chlebem, po czym prędko ewakuuje się z zatłoczonej jadalni. Trzeba się zbierać, bo czeka nas dzisiaj długa droga. Już w trakcie śniadania słyszymy urywki rozmów o jakiejś rwącej rzece i koniach. Nie za bardzo wiemy o co chodzi, więc nie myśląc za wiele, ruszamy na szlak.

Następne kilometry mijają nam spokojnie, a szlak prowadzi szeroką polodowcową doliną. Po prawej stronie wije się rzeka Adishchala, a wszędzie wokoło rozpościerają się dobrze nam już znane, kwieciste kaukaskie łąki. Nie ma tu cienia, ale ze względu na wczesną porę, słońce nie doskwiera nam zbyt mocno. Mijamy znacznie więcej turystów niż wczoraj, ale trudno się temu dziwić, bo to jedyny szlak prowadzący z Adishi do Ushguli. Spotykamy nawet rodzinę Polaków (chociaż, prawdę mówiąc, spodziewałam się słyszeć język polski w Gruzji znacznie częściej niż ma to miejsce w rzeczywistości). Sporadycznie mijają nas też turyści na koniach, co wywołuje u mnie ogromną zazdrość, bo widoki i wrażenia z takiej konnej turystyki muszą być niesamowite.


Początek trekkingu jest całkiem płaski: na dystansie pierwszych sześciu kilometrów, nabywamy zaledwie 200 metrów różnicy wysokości. Ponieważ trekking idzie sprawnie, szybko docieramy do rzeki Adishchala, wspominanej przez turystów w czasie śniadania.

Przeprawa przez rzekę
Robimy tu krótką przerwę i z lekkim niepokojem patrzymy na niesamowicie rwący i szeroki na dobre 20 metrów potok, spływający prosto z oddalonego o zaledwie 1,5 km lodowca Adishi. Trzeba przyznać, że jego jęzor prezentuje się niesamowicie i niemal przytłacza swoją potęgą. Jest przeogromny, bielutki i nawet z oddali widać potężne szczeliny orające gładka powierzchnię śniegu.

W obecnej chwili głowę zaprząta nam jednak coś innego niż promienie odbijające się od bieli lodowca Adishi. Przed nami do pokonania dosyć trudne zadanie. Przeprawa przez rzekę możliwa jest na dwa sposoby – konno bądź na własnych nogach. Za wierzchowca należy jednak zapłacić ok. 30 zł. Niby nie dużo, ale mój zew przygody mocno kłóci się z wybraniem tej łatwiejszej drogi. Po chwili zastanowienia, decydujemy się na piesze sforsowanie potoku. Ja robię to w klapkach, buty trzymając w ręce. Mateusz natomiast zdejmuje skarpety, ale ponownie zakłada buty trekkingowe. Ruszam przodem i już przy pierwszym zetknięciu z wodą moje stopy kostnieją z zimna do bólu. Pomimo tego, szybko i sprawnie przedostaję się na duży kamień kilka metrów dalej. Tutaj słońce w momencie przywraca mi komfortowe warunki termiczne, ale, jak się później okazało, najgorsze dopiero przede mną. Przyznam szczerze – boję się. Mateusz dociera do mnie po chwili i w najbardziej rwącą otchłań to on rusza pierwszy. Ja decyduję się na ten krok chwilę za nim. Cała przeprawa zajmuje nam pewnie 3-4 minuty, ale w mojej głowie wydaje się to wiecznością.
Powoli, na szeroko rozstawionych nogach i z ugiętymi kolanami przesuwam się w stronę przeciwległego brzegu, starając się trzymać równowagę mimo potężnego prądu. Klapki nie ułatwiają tego zadania, a tym bardziej buty, które muszę trzymać w jednej ręce. W najgłębszym miejscu woda sięga mi nieco powyżej kolan. Nogi okropnie bolą mnie z zimna, ale poziom adrenaliny jest na tyle wysoki, że nie ma to większego znaczenia. Z ogromną ulga docieram na drugi brzeg i siadam na kamieniach obok Mateusza. Patrzę na turystów, którzy wybrali przeprawę konną i zastanawiam się jaki diabeł siedzi w mojej głowie. Oczywiście nie żałuję wyboru, ale bardzo nie chciałabym tego doświadczenia powtarzać. Z przerażeniem patrzę na matkę z na 0ko 6-letnim dzieckiem, która próbuje wejść do potoku po przeciwnej stronie. Mam nadzieję, że zrezygnują i zdecydują się na konie. My natomiast nawadniamy się, bierzemy kilka spokojnych oddechów i odwracamy się od przestraszonych turystów i stadka koni. Czas na właściwe zdobywanie wysokości!



Podeście na przełęcz Chkhunderi (2 722 m n.p.m.)
Następne 2,3 km to jednostajne i bardzo strome podejście. Na tym niewielkim dystansie nabywamy aż 450 metrów różnicy wysokości. Ścieżka wiedzie tutaj głównie przez las. Jest wąska i mokra, ale bardzo dobrze widoczna. Co i rusz zdarzają się przejaśnienia, na których warto obejrzeć się za siebie. Widok na lodowiec Adishi jest niesamowity. Sam szczyt Adishi (4 306 m n.p.m.) nie robi jednak wielkiego wrażenia, bo przyćmiewa go nasza wczorajsza gwiazda – Tetnuldi (4 858 m n.p.m.) oraz graniczny szczyt Katintayu (4 979 m n.p.m.). Jeszcze trochę na wschód i oto po raz pierwszy w życiu spoglądam na 5-tysięcznik – Glavnaya Jangi (5 074 m n.p.m.). Przyznam jednak, że identyfikacja poszczególnych szczytów sprawia mi tu dużą trudność. Wszystkie są niezwykle monumentalne, ogromne, a przy tym jest ich tu bardzo dużo i są pokryte śniegiem, przez co trudno dokładnie je rozróżnić. Nie ma to jednak dla mnie wielkiego znaczenia – wystarczy mi możliwość obserwowania tych szczytów i zachwycania się ich monumentalnym pięknem.

Dosyć sprawnie pokonujemy kolejne metry przewyższenia i docieramy na przełęcz Chkhunderi (2 722 m n.p.m.). Robimy tu zasłużoną przerwę i podziwiamy widoki – na południu znajduje się znany nam już lodowiec oraz otaczające go śnieżne czterotysięczniki, a od strony południowej zielone trzytysięczne pasmo, które oddziela nas od dzisiejszego celu – Ushguli. Po szybkim posiłku, ruszamy w dół. Od tej strony teren nie jest zalesiony, toteż słońce mocno daje nam się we znaki. Niemniej jednak, szlak jest szeroki i wygodny, więc szybko docieramy na dno doliny do potoku Khaldeschala.

Według map powinniśmy zejść tu na wysokość około 2 250 m n.p.m., ale mój zegarek pokazuje wartość niższą o około 150 merów. Trudno powiedzieć co jest prawdą, bo teren robi się tu już nieco dziki. W prawo, wzdłuż potoku (swoją drogą niezwykle rwącego i szerokiego), podąża szlak do Iprali. Najbardziej klasyczna wersja trekkingu do Ushguli zakłada tam nocleg, aby następnego dnia ruszyć żółtym, trawersującym szlakiem prosto do celu. My jednak mamy trochę inny plan. Klasyczna opcja zakłada obejście pasma oddzielającego nas od Usghuli. My planujemy jednak wspiąć się na niego, dotrzeć na przełęcz Lagem o wysokości 2 990 m n.p.m. i zaliczyć przy okazji najbliższy szczyt, który będzie jednocześnie pierwszym trzytysięcznikiem całej wyprawy. Zachęcił nas do tego czerwony szlak zaznaczony na mapach przerywaną linią.

Lagem Pass (2 990 m n.p.m.) i bezimmienny trzytysięcznik
Czemu ów szlak zaznaczony jest przerywaną linią? Być może dlatego, że jego istnienie w rzeczywistości okazuje się mocno dyskusyjne. Już samo dojście do potoku Khaldeschala średnio mi się podoba, bo w zasadzie torujemy sobie drogę przez sięgające do ud chaszcze. Zarówno ja, jak i Mateusz mamy wgrane trasy na zegarkach, więc staramy mniej więcej trzymać się linii wzdłuż której powinien przebiegać szlak. Na szczęście kładka, umożliwiająca pokonanie rzeki, istnieje rzeczywiście.

Po przejściu rzeki, przez kilkadziesiąt metrów podążamy wydeptaną ścieżką, która jednak stopniowo staje się coraz bardziej zarośnięta. Jak się później okazuje, tak pozostanie już do samego końca. Najczęściej widać, że jakaś droga rzeczywiście tam przebiega, ale albo jest bardzo rzadko uczęszczana, albo roślinność rośnie tutaj w zastraszającym tempie. Bardzo przydaje nam się tutaj wzrost Mateusza, bo mi trawy i zarośla niejednokrotnie sięgają właściwie do podbródka. Nie ma co udawać – nie była to wygodna i przyjemna przeprawa.

Po pokonaniu około 100 metrów przewyższenia wychodzimy na niemal płaski teren i podążamy wzdłuż potoku. Tutaj trawy są znacznie niższe, więc morale trochę nam się poprawiają (chociaż kilometry w nogach i piekielny upał dają już o sobie znać). Swoją drogą, duża tubka kremu SPF to w Gruzji obowiązek! My tego obowiązku nie spełniliśmy, więc teraz oszczędnie musimy korzystać z samolotowych rozmiarów tubki Mateusza.


W momencie, gdy szlak rzekomo (wedle mapy) przekracza bezimienny potok, teren staje się znacznie trudniejszy, nierówny i kamienisty. Zmuszeni jesteśmy szukać najwygodniejszych wariantów, wiodących przez obszerne, zdradliwe rumowisko. Nie ma tu absolutnie żadnych śladów ścieżki, ale orientacja jest dosyć łatwa: najpierw musimy podążać wzdłuż potoku, a potem prosto w górę, bez zbędnych zakrętów. Rozglądając się wokoło, widzimy zielone szczyty przed nami, ujmująco otwartą przestrzeń i pustkę… Odkąd zeszliśmy do doliny i zdecydowaliśmy się podążać mniej klasycznym szlakiem, nie spotkaliśmy żywej duszy. Czuję się z tym trochę nieswojo, ale jest w tym także sporo uroku.

Cieszymy się samotnością, aż tu nagle, ku mojemu przerażeniu, w oddali dostrzegamy biegnące ku nam dwa psy i żadnego człowieka, który mógłby być ich właścicielem. Zamieramy na chwilę w miejscu, nie mając żadnego pomysłu co zrobić. Szczęśliwie, szybko okazuje się, że psy nie mają wobec nas złych zamiarów. Będąc precyzyjnym, zwierzęta niespecjalnie się nami przejmują, doskonale bawiąc się ze sobą w górzystym terenie. Z ulgą ponownie podejmujemy marsz. Skończył się już płaski odcinek i teraz nasza droga nabiera stromości w niesamowitym tempie, a po chwili znowu musimy zagłębić się w trawiaste chaszcze. Tutaj jednak ścieżka, mimo że wąska, nagle staje się dobrze widoczna. Ku naszemu rozbawieniu, pieski postanowiły dotrzymać nam towarzystwa i dzielnie maszerują z nami, co jakiś czas biegnąc do góry z dziką radością, by po chwili znowu do nas wrócić. Przyznam szczerze, że nam podobnej werwy już brakuje. Ścieżka jest niesamowicie stroma, a wysokość robi swoje. Jedyne o czym marzę to rozłożyć się na ziemi i ciężko dyszeć. Sprawdzając ten najtrudniejszy odcinek na mapie, dowiedziałam się, że na 1,3 km pokonaliśmy 450 metrów przewyższenia – wszystko trekkingiem, zero skał! Myślę, że te wartości doskonale odzwierciedlają jak złe samopoczucie mogłam wtedy mieć 😉


Na upragnionej przełęczy Lagem (2 990 m n.p.m.) czeka nas odpoczynek, ale również niespodzianka w postaci innych turystów. Idąc granią na południe, dotarlibyśmy aż do rosyjskiej granicy. Na północy znajduje się Ushguli, ale widok na miejscowość przysłania nam bezimienny szczyt (3 242 m n.p.m.). Pomimo znacznej wysokości, wszystko jest tu bardzo zielone. Grań jest szeroka i wygodna do spacerowania. Nie ma tu już natomiast wysokich chaszczy, a jedynie niska roślinność trawiasta. Po krótkim odpoczynku, ruszamy granią na północ, by wchodząc na jeden z bezimiennych szczytów, zdobyć w końcu upragniony trzytysięcznik.

Nie da się tutaj zgubić – idziemy granią przed siebie. Stoki po obu stronach są bardzo strome, ale trawiaste, podobnie jak sama grań. Technicznie nie ma tu więc żadnych trudności. Bezimienny szczyt (3 142 m n.p.m.) oznaczony jest kopczykami i roztaczają się z niego niesamowite widoki. Niestety nie mamy już bezchmurnego nieba, więc najwyższe wierzchołki, na czele ze szczytem Shkhara, schowane są w białej gęstwinie chmur. Dosyć dobrze widoczny jest natomiast pobliski szczyt Karetta, stanowiący dalszy ciąg naszej grani. Góra liczy sobie 3 524 m n.p.m. i, przyznam szczerze, kusi mnie dosyć mocno, bo wydaje się podobnie trekkingowy, jak nasza dotychczasowa trasa. Dopiero za Karettą, nachylenie grani raptownie wzrasta, prowadząc na graniczną, 5-tysięczną Shkharę.
Cały ten przepotężny masyw górski na granicy gruzińsko-rosyjskiej nazywany jest Ścianą Bezingi. Dzięki niesamowitym, skalno-lodowcowym ścianom, liczącym sobie nawet do 2500 metrów wysokości względnej, obszar ten bywa nazywamy Małymi Himalajami. Ściana Bezingi stanowi zresztą miejsce do przygotowań na himalajskie wyprawy. We mnie ta potęga wywołuje ogromny respekt i skłania do refleksji, czy moje własne aspiracje aby na pewno sięgają aż takich wysokości ;).

Jesteśmy tu na tyle wysoko, że ponownie widzimy lodowiec Adishi, wyłaniający się zza grani tej samej grani, którą pokonywaliśmy przed południem. Naszym oczom ukazują się również dwa następne lodowce – Zaresho-Khalde oraz Shkhara. Czym jest natomiast owa, kilkukrotnie tu wspominana, Shkhara (po polsku Szchara)? To szczyt i lodowiec górujący na Ushguli. Liczy sobie 5193 m n.p.m., co czyni go najwyższym wierzchołkiem całej Gruzji, pierwszy raz zdobytym w 1931 roku.
Swoją drogą, mimo, że o Gruzja stała się w ostatnim czasie dosyć popularna, rejony te nadal słyną z dzikości, a adrenalinę podkręca również całkowity brak oficjalnych służb ratownictwa górskiego. Ściana Shkhary to 2500 metrów wspinaczki w terenie czysto skałkowym oraz mikstowym na drogach o trudności od 5B do 6A według skali rosyjskiej. Z tego co udało mi się usłyszeć, standardowe wejście obejmuje pięć obozów na ścianie. Dodatkowym problemem jest trudna dostępność informacji o aktualnych warunkach na lodowcu. W każdym razie, zakładam, że Shkhara to szczyt marzeń dla wielu wspinaczkowych świrów i miłośników prawdziwej, surowej dzikości. Bardzo kocham góry, ale to chyba jeszcze nie ja…

Zejście do Usghuli
Chociaż trudno napatrzeć się na otaczające nas piękno, chęć ciepłego posiłku i zimnego piwa jest w nas już bardzo silna. Z tego względu, po niedługiej przerwie na szczycie, ruszamy w dół – do doliny rzeki Enguri. Droga z początku jest przyjemna, a duże nachylenie sprawia, że bardzo szybko tracimy wysokość. Jednakże, na poziomie ok. 2 600 m n.p.m. szlak na powrót staje się bardzo zarośnięty. Ścieżka jest dobrze widoczna, ale zwyczajnie niewygodna. Dziwne chwasty kłują nas po nogach, a owady atakują na każdym kroku. No cóż, zachciało nam się dzikiej przyrody to mamy.


Po około czterech kilometrach dochodzimy do „głównej” drogi, czyli żwirowego traktu, prowadzącego z Usghuli pod jęzor lodowca Shkahra. Teraz już tylko monotonne dwa kilometry i w końcu docieramy do upragnionej wioski Ushguli. Szybko wklepujemy w mapy adres naszego noclegu i po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu. Gospodyni, chociaż niemówiąca po angielsku, jest bardzo miła. No, przynajmniej do czasu, gdy odmawiamy kupienia u niej posiłku. Wolimy poodkrywać tutejsze zakątki sami. Z grubsza przywracamy się zatem do sensownego stanu i ruszamy na spacer po Ushguli, szukając odpowiedniego miejsca na posiłek.


Błotniste i kamieniste drogi wiją się tu bez większego planu, pomiędzy walącymi się budynkami. Krowy i świnie swobodnie spacerują pomiędzy nami, a co jakiś czas mija nas konny turysta, zwiedzający wioskę na wierzchowcu. Mi jednak najbardziej podoba się grupka dzieci na koniach, wściekle galopujących wąskimi uliczkami, śmiejąc się przy tym i wymachując drewnianymi kijkami. O kaskach oczywiście nikt tu nawet nie pomyśli. Patrzę na tę scenę i porównuję ją w myślach do wychowania i zabaw dzieci w Europie, zastanawiając się, co tak naprawdę jest lepsze. Ostatecznie, dzień kończymy solidnym kaczapuri z serem i gruzińskim piwem. To był dobry trekking, ale zdecydowanie muszę po nim solidnie odpocząć.

Słów kilka o Usghuli
Usghuli prezentuje się zdecydowanie przyjemniej niż Adishi. Miejscowość położona jest na absurdalnej wysokości 2200 m n.p.m., co czyni ją najwyżej położoną stałą osadą ludzką w Europie (a przynajmniej tutejsi mieszkańcy są przekonani, że w Europie). Ze względu na swoją niedostępność, bogactwo kulturowe oraz zabytki z IX-XII wieku, Usghuli zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na stałe mieszka tu 200 mieszkańców. Znajduje się tu mała szkoła i wiele sklepików. Ceny są tu znacznie wyższe niż w innych miejscach Gruzji, niemniej jednak za solidny obiad nadal zapłacimy znacznie mniej niż w Europie. Już na pierwszy rzut oka widać, że obecnie wioska żyje głównie z turystyki. Niemal każde domostwo oferuje noclegi dla turystów wraz z wyżywieniem. Istnieje tu również możliwość wypożyczenia konia. Warto udać się także na seans filmowy do tutejszego kina, prezentujący film ukazujący realia życia w Swanetii przed kilkudziesięcioma laty.
Obecnie do Ushguli prowadzi betonowa droga, ale z internetowych relacji wynika, że jeszcze kilka lat temu można tu było dotrzeć jedynie autem terenowym. Chyba nie muszę wam jednak mówić, że przyjście tu pieszo z Mestii jest znacznie bardziej atrakcyjne.
Data wycieczki: 24 lipca 2025 roku
Statystyki wycieczki: 24,6 km; 1 724 metrów różnicy wysokości
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.




2 thoughts on “Trekking z Adishi do Ushguli przez Lagem Pass [Swanetia dzień 3]”