Tarnica (1 346 m n.p.m.) to najwyższy szczyt Bieszczadów Zachodnich, a zarazem jedna z najpopularniejszych gór w naszym kraju. Turystów przyciągają fantastyczne widoki, urzekające połoniny oraz przynależność wierzchołka do zestawienia Korony Gór Polski. Główną bazą wypadową dla wycieczek na Tarnicę jest niewielka, przygraniczna osada Wołosate. W najkrótszej wersji, szczyt można zdobyć szlakiem niebieskim, pokonując nieco ponad 4 kilometry dystansu i 600 metrów różnicy wysokości. Osobiście polecam jednak wybrać drogę okrężną – znakowany na czerwono fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego. Przejdziemy wówczas przez ponad siedmiokilometrowy pas połonin oraz zdobędziemy dwa dodatkowe szczyty: Rozsypaniec (1 280 m n.p.m.) oraz Halicz (1 333 m n.p.m.). W tym przypadku, wspomniany szlak niebieski przeznaczymy na drogę powrotną. Pętla uchodzi za absolutny bieszczadzki klasyk i oferuje wszystko to, co najlepsze w tych górach. Zapraszam serdecznie na relację!
Spis treści
- Do Wołosatego na dwóch kółkach
- Czerwonym szlakiem na przełęcz Bukowską
- Rozsypaniec i Halicz
- Długi marsz przez połoninę
- Zatłoczona Tarnica
- Zejście do Wołosatego
- Wołosate – cmentarz i odrobinę historii
- Z Wołosatego do Ustrzyk Górnych
- Mapa wycieczki
- Bibliografia
Do Wołosatego na dwóch kółkach
Dzień rozpoczynamy od pobudki w Szkolnym Schronisku Młodzieżowym w Wetlinie. Noc upłynęła mi pod znakiem mało przyjemnych przygód, ale mimo to czuję się całkiem dobrze zregenerowany. W pokoju wieloosobowym trafiliśmy bowiem na osobę chrapiącą i to na tyle głośno, że moje zatyczki do uszu były całkowicie bezużyteczne. Po którymś z kolejnych przebudzeń, decyduję się na ewakuację. Na szczęście, na schroniskowym korytarzu znajduje jedno dodatkowe łóżko, na którym udaje mi się w ciszy przespać parę następnych godzin. Muszę się przyznać, że mam problem z oceną takich sytuacji. Z jednej strony – nikt nie ponosi winy za chrapanie, to oczywiste. Ale… Czy to aby na pewno nie jest lekko egoistyczne, aby wiedząc o takim schorzeniu, mimo wszystko wybierać pokoje wieloosobowe?
Kilkanaście minut po godzinie 8, kontynuujemy naszą trekkingowo-rowerową wycieczkę po Bieszczadach. Wczoraj przyjechaliśmy do Wetliny i zrobiliśmy świetny trekking, obejmujący Dział, Połoninę Wetlińską oraz Smerek. Dziś rozpoczynamy od rowerowego przejazdu z Wetliny do Wołosatego, a jako następny punkt programu planujemy wejście na Tarnicę – w wariancie okrężnym przez Rozsypaniec i Halicz.
24-kilometrowy odcinek z Wetliny do Wołosatego pokonujemy w czasie ok. 1h 15 minut (średnia ok. 20,5 km/h). Główną trudnością był 240-metrowy podjazd na przełęcz Wyżnią (872 m n.p.m.), z której to nie dalej jak wczoraj wchodziliśmy na Połoninę Wetlińską. Nogi palą, tętno w strefie czerwonej, ale nie ma przebacz – trzeba jechać. Kosztuje to sporo wysiłku, ale uwierzcie – satysfakcja jest naprawdę duża. Z przełęczy Wyżniej zjeżdżamy na wysokość ok. 740 m n.p.m., a następnie rozpoczynamy kolejny podjazd – tym razem krótszy – na przełęcz Wyżniańską (854 m n.p.m.). Na miejscu znajduje się rozległy parking, przeznaczony dla turystów zmierzających na pobliskie Rawki bądź na Połoninę Caryńską.


Jazda rowerem przez Bieszczady sama w sobie jest doświadczeniem niezwykle pięknym. Ponieważ gęstość zaludnienia jest tu znikoma, przy drodze nie ma praktycznie żadnych zabudowań. Przez wiele kilometrów jedynie rozległe lasy i zielone, widokowe polany… Z przełęczy Wyżniańskiej zjeżdżamy do Ustrzyk Górnych, a następnie obieramy kierunek na miejscowość Wołosate. Szosa wiedzie przez uroczą dolinę potoku Wołosatka, oferującą pierwsze widoki na główny cel dzisiejszego dnia – Tarnicę. Gdy w kwadrans po godzinie 9 wjeżdżamy do Wołosatego, osada jest już pełna przygotowanych do marszu turystów.
Większość z nich zostawia samochody na jednym z kilku płatnych parkingów, a następnie udaje się do położonego 650 metrów dalej punktu kasowego Bieszczadzkiego Parku Narodowego (740 m n.p.m.). Korzystając z dobrodziejstwa rowerów, podjeżdżamy bezpośrednio pod budkę z biletami. Przypinamy rowery, przebieramy spodenki (z rowerowych na trekkingowe) i już! Zwarci i gotowi do marszu!


Czerwonym szlakiem na przełęcz Bukowską
Punkt kasowy znajduje się na rozdrożu szlaku niebieskiego (bezpośrednio na Tarnicę) oraz szlaku czerwonego (droga okrężna przez Halicz). Jak już wyżej wspomniałem, w pierwszą stronę wybieramy wariant drugi, wracać będziemy natomiast pierwszym. Obrany przez nas szlak czerwony jest o tyle istotny, że jest to pierwszy (bądź ostatni, w zależności od kierunku marszu) fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego, wiodącego z Wołosatego aż do Ustronia w Beskidzie Śląskim.
Odcinek z Wołosatego na przełęcz Bukowską liczy sobie 8 kilometrów długości i, oględnie rzecz ujmując, nie jest zbyt porywający. Widokowo jest wyłącznie na samym początku, gdy możemy liczyć na sielskie panoramy z charakterystyczną bryłą Tarnicy. Po prawej stronie mamy natomiast zalesione wzniesienia pasma granicznego, przedzielone niską przełęczą Beskid (785 m n.p.m.). Co ciekawe, kiedyś ponoć rozważano przeprowadzenie tędy przejścia granicznego, które mogłoby połączyć Podkarpacie z Zakarpaciem. Od zamiaru odstąpiono, nie chcąc wprowadzać dużego ruchu samochodowego bezpośrednio do parku narodowego.
Jak już szlak czerwony zanurkuje w gęstym lesie, tak wyłoni się z niego dopiero na przełęczy Bukowskiej. Przez pierwsze 4 kilometry trasa wiedzie wzdłuż potoku Wołosatka, co czyni ją niemal całkowicie płaską. W drugiej części etapu szlak odbija od doliny rzeki, a nachylenie zaczyna umiarkowanie wzrastać.



Co istotne, czerwony szlak biegnie bardzo blisko granicy ukraińskiej, a w swoim końcowym biegu nawet się z nią styka. Warto mieć to na względzie i wyłączyć na tym odcinku dane w roamingu. Dlaczego? Otóż większość z nas kojarzy pewnie sytuację, gdy w którymś z pogranicznych pasm górskich przychodzi nam SMS o przekroczeniu granicy słowackiej czy czeskiej, podczas gdy tak naprawdę jesteśmy jeszcze w Polsce. O ile w przypadku krajów Unii Europejskiej sytuacja ta nie ma żadnych konsekwencji, tak w przypadku Ukrainy coś takiego może się skończyć sporymi konsekwencjami finansowymi.
Na przełęczy Bukowskiej (1 107 m n.p.m.) szlak czerwony ostro skręca w prawo. Mimo to, warto podejść jeszcze ok. 100 metrów prosto, do punktu widokowego, urządzonego bezpośrednio na granicy. Miejsce oferuje zacny widok w kierunku południowym – na dziesiątki wierzchołków ukraińskiego Zakarpacia. Najbardziej w oczy rzuca się masywne pasmo Połoniny Równej (1 480 m n.p.m.). Patrząc w kierunku wschodnim, dostrzeżemy natomiast graniczny szczyt Kińczyk Bukowski (1 251 m n.p.m.), jedną z kulminacji Połoniny Bukowskiej.



Rozsypaniec i Halicz
Z przełęczy Bukowskiej kontynuujemy szlakiem czerwonym. Już po kilku minutach, wychodzimy ponad piętro lasu – na otwarty teren zielonych połonin. Szlak na tym odcinku przybiera formę drewnianych schodów, co bardzo ułatwia zdobywanie kolejnych metrów wysokości. Za naszymi plecami otwiera się natomiast fantastyczna panorama widokowa w kierunku południowym.
Na pierwszym etapie wędrówki przez połoniny obserwujemy ciekawą walkę dwóch pięter roślinności: jeszcze do wysokości ok. 1 250 m n.p.m. pojedyncze drzewa wcinają się w rozległe tereny trawiaste. Jest to proces całkiem naturalny, związany z „odbijaniem” sobie przez regla utraconych niegdyś obszarów. Tak się bowiem składa, że jeszcze całkiem niedawno Bieszczady były intensywnie użytkowane pastersko. W przeciwieństwie do zachodnich Beskidów, prym wiodły tutaj nie owce, a bardziej uniwersalne bydło. Dziś trudno w to uwierzyć, ale jeszcze na początku zeszłego stulecia na samym Haliczu pasło się prawie 2 000 wołów! Gospodarcze wykorzystanie połonin spowodowało, że linia lasu obniżyła się do wysokości około 1 150 m n.p.m. Dzisiaj, kiedy wypasu już dawno zaprzestano, poziom regla powoli wraca do pierwotnych rozmiarów.
Niespełna pół godziny od opuszczenia przełęczy, meldujemy się na górze Rozsypaniec (1 280 m n.p.m.). Nazwa kulminacji pochodzi od charakterystycznego rumowiska skalnego na samym wierzchołku. Ze szczytu roztacza się fantastyczna panorama na wszystkie strony świata. Najciekawszy widok jest jednak w kierunku północno-zachodnim, ponieważ obejmuje wszystko to, co w polskich Bieszczadach najwyższe: pobliski Halicz, Krzemień, Bukowe Berdo, Połoninę Caryńską oraz oczywiście Tarnicę.




Droga z Rozsypańca na Halicz (1 333 m n.p.m.) zajmuje nam około kilkunastu minut i obejmuje zejście do płytkiej przełączki (ok. 1 240 m n.p.m.) oraz umiarkowanie strome, 100-metrowe podejście. Znajduje się teraz w najwyższym punkcie Połoniny Bukowskiej oraz trzecim co do wysokości szczycie polskich Bieszczadów. Panorama z Halicza jest fantastyczna i obejmuje tak pobliskie szczyty, jak i dalekie masywy po ukraińskiej stronie granicy. Szczególną uwagę zwracamy na Pikuj (1 409 m n.p.m.), najwyższy szczyt wschodnich Bieszczadów. Patrząc na tą niesamowitą kompozycję, obiecuję sobie, że jak tylko sytuacja polityczna się ustabilizuje, ruszę bardziej na wschód i przejdę parę ukraińskich pasm.
Według legendy, za czasów Bolesława Chrobrego na Haliczu funkcjonowała granica między Polską, Rusią Kijowską a Węgrami. Za Rewaszem podaję, że nieprawdziwa jest natomiast popularna legenda, iż na szczycie góry znajdowała się szubienica, na której swoich zdrajców wieszali banderowcy.



Długi marsz przez połoninę
Schodzimy z Halicza i kontynuujemy marsz przez połoninę. Przed nami płaski odcinek czerwonego szlaku, obejmujący 4-kilometrowy trawers południowych stoków Kopy Bukowskiej (1 319 m n.p.m.) oraz Krzemienia (1 335 m n.p.m.). Oba wymienione wierzchołki są niedostępne dla turystów. Trasa jest absolutnie ujmująca: zielona połonina, ogromne przestrzenie oraz ciągły dostęp do sielskich, prześlicznych panoram.
Pomimo pięknej pogody i środka weekendu czerwcowego, liczba turystów na szlaku jest umiarkowana. Jak się później okazuje, zdecydowana większość piechurów wybiera krótszy szlak na Tarnicę, a opisywaną przeze mnie pętle robi raptem niewielki procent ludzi odwiedzających Wołosate. Ponieważ czas mamy świetny, w pewnym momencie postanawiamy zrobić sobie krótką przerwę. Kładziemy się na połoninie, wystawiamy mordkę do słońca… Jest naprawdę dobrze.
No dobra, ale o co właściwie chodzi z tymi połoninami? Dlaczego szczyty Bieszczadów są bezleśne, podczas gdy np. w Beskidzie Żywieckim na tej samej wysokości szumią gęste lasy świerkowe? Spieszę z wyjaśnieniem! Wedle oficjalnej strony BgPN, sprawcą całego zamieszania są specyficzne warunki klimatyczne w Bieszczadach. Mówiąc precyzyjniej, za brak regla górnego odpowiadają suche wiatry znad Niziny Węgierskiej oraz pionowy rozkład temperatur. Dzięki temu, w Bieszczadach wykształcił się unikalny rozkład pięter roślinności, niespotykany w żadnych innych polskich górach.






Zatłoczona Tarnica
Czerwony szlak doprowadza nas na szeroką przełęcz Goprowską (1 160 m n.p.m.), położoną między Krzemieniem a Tarniczką. Nazwa tego miejsca wzięła się od mobilnego posterunku GOPRu, który działał tu niegdyś w sezonie letnim. Szlak czerwony łączy się tu z niebieskim, biegnącym od strony pobliskiego Bukowego Berda.
Skręcamy w lewo i rozpoczynamy umiarkowanie strome podejście po drewnianych schodkach. Po drodze mijamy wiatę turystyczną, jedyny tego typu obiekt w masywie Tarnicy. Swoją drogą, najwyższy szczyt Bieszczadów to chyba najpopularniejsze miejsce w polskich górach, w pobliżu którego nie ma ani jednego schroniska. Kilkanaście minut później, po pokonaniu 120 metrów różnicy wysokości, rozłożonych na 700 metrów dystansu, wychodzimy na przełęcz Sidło pod Tarnicą (1 286 m n.p.m.). A tam? A tam przedsmak tego, co czeka nas na najwyższym szczycie – całe mnóstwo wypoczywających ludzi :D.
Co ciekawe, nazwa „Tarnica” pierwotnie odnosiła się do przełęczy, a nie do samego szczytu. Słowo pochodzi bowiem z języka rumuńskiego i oznacza dosłownie „siodło”. No i faktycznie – jak spojrzeć na masyw z daleka, skojarzenie wydaje się jak najbardziej trafne.



Z przełęczy pod Tarnicą na sam szczyt prowadzi krótki szlak łącznikowy, znakowany na żółto (400 metrów dystansu i 60 metrów różnicy wysokości). Przejście fragmentu zajmuje nam raptem parę minut. Na wierzchołku Tarnicy (1 346 m n.p.m.) znajduje się rozległy taras widokowy oraz charakterystyczny, 7-metrowy krzyż. Ustawiono go dla upamiętnienia „jubileuszu roku 2000 oraz pontyfikatu Jana Pawła II”. Karol Wojtyła, jeszcze jako zwykły ksiądz, zdobył szczyt Tarnicy w 1954 roku.
Tarnica uchodzi za świetny, panoramiczny punkt widokowy, doskonały do obserwacji wschodów i zachodów słońca. Na wschodzie widzimy przebieg naszego dzisiejszego szlaku oraz wierzchołki Krzemienia, Kopy Bukowskiej, Halicza i Rozsypańca. Na północnym zachodzie uwagę zwracają Połonina Caryńska i Wetlińska. Na południu roztacza się natomiast szeroka panorama na ukraińską część Beskidów z Pikujem, Ostrą Horą czy Połoniną Równą. Gdzie by nie spojrzeć, tam intensywna zieleń lasu bez śladu większych osad ludzkich…
Nie ukrywam, że na Tarnicy wytrzymuje raptem parę minut. Szczyt jest bowiem niesamowicie przepełniony – tłok jak na stacji Kraków Główny w piątkowy wieczór. Robię więc parę zdjęć, zerkam we wszystkie strony świata i zmykam. Mam jednak świadomość, że mój obraz może być z lekka zaburzony. W Bieszczadach spędzam bowiem długi weekend czerwcowy, co siłą rzeczy przekłada się na większą niż zazwyczaj liczbę turystów. Schodząc, uświadamiam sobie, że właśnie „zaliczyłem” jubileuszowy, dwudziesty szczyt z Korony Gór Polski. Od teraz wszystko co mi pozostało, znajduje się w Sudetach.




Zejście do Wołosatego
Ze szczytu schodzimy z powrotem na przełęcz Sidło pod Tarnicą, a następnie obieramy szlak niebieski – do Wołosatego (fragment długodystansowego szlaku Rzeszów – Grybów). Zejście obejmuje utratę 600 metrów różnicy wysokości na dystansie 4 km – nachylenie jest więc umiarkowane, ale odczuwalne. Trawiasta połonina sięga wysokości ok. 1 150 m n.p.m., a dalej szlak biegnie już gęstym lasem reglowym. Zarówno na otwartej przestrzeni, jak i pomiędzy drzewami, obszerne fragmenty trasy zostały wyposażone w drewniane schody (a często nawet i w balustrady).
Trasa jest bardzo często uczęszczana – mam wrażenie, że w czasie 50-minutowego zejścia mijamy przynajmniej kilka setek innych turystów. Nie do wiary! Wierzcie lub nie, ale na szlaku czerwonym naprawdę było całkiem luźno.




Wołosate – cmentarz i odrobinę historii
Na samej końcówce zejścia, zaraz przy punkcie kasowym BgPN znajduje się jeszcze jedno ciekawe miejsce – stary cmentarz grekokatolicki. Jako, że obaj interesujemy się historią tych ziem, postanawiamy odwiedzić zapomnianą nekropolię. Musicie bowiem wiedzieć, że jeszcze na początku XX wieku Wołosate liczyło sobie ponad 1000 mieszkańców. Życie toczyło się tutaj normalnie – na połoninach wypasano liczne stada wołów, a w niedzielę chadzano do cerkwi na nabożeństwo.
Mieszkańcami wioski byli w większości Bojkowie – rusińska grupa etniczna wyznania grekokatolickiego. Co ciekawe jednak, w spisie powszechnym z 1921 roku, aż 450 tubylców zadeklarowało narodowość polską. Wydaje się więc, że o ile dzisiaj identyfikacja z konkretnym narodem nie sprawia już większych problemów, tak kiedyś mogło być z tym różnie. Niektórzy Bojkowie uważali się za Ukraińców, inni za Polaków, jeszcze kolejni – za przedstawicieli nacji całkiem odrębnej. Generalnie jednak, wszyscy byli „tutejsi”, mówili tym samym językiem, żyli wspólnie, mieli tożsame obrzędy i chodzili do jednej cerkwi. Wołosate znane było zresztą z wyjątkowej tradycji pogrzebowej, polegającej na przewozie trumny ze zmarłym na saniach, ciągniętych przez woły (i to niezależnie od pory roku!).
Spokój zwyczajnej wioski został przerwany przez wielką politykę. W 1944 roku ruszają bowiem wielkie przesiedlenia, w ramach których ludność rusińską (z automatu uznaną za ukraińską) wysiedla się z Polski na tereny nowopowstałej Ukraińskiej SRR. Historia Wołosatego jest o tyle nietypowa, że jego mieszkańcy, czując co się święci, postanowili uprzedzić fakty. Ludność wioski opuściła swoje domy, przeszła przez pobliską przełęcz Beskid i umościła się na ukraińskim Zakarpaciu. Jakby się zastanowić, był to ruch bardzo mądry. Dzięki temu, Bojkowie z Wołosatego pozostali na rodzimych terenach, a nie zostali skierowani w takie miejsce Ukraińskiej SRR, jakie wybraliby im radzieccy towarzysze.
Jakby nie było, Wołosate całkowicie opustoszało, a w 1947 roku spalono przepiękną, drewnianą cerkiew z 1837 roku (zdjęcie świątyni pod tym linkiem). Dzisiaj na stałe żyje tu ok. 45 mieszkańców – głównie w niewielkim osiedlu domków szeregowych, ustawionych przy drodze z parkingu do punktu kasowego. Po starej wiosce pozostał tylko cmentarz z kilkoma, podniszczonymi grobami…


Z Wołosatego do Ustrzyk Górnych
Z cmentarza wracamy do punktu kasowego BgPN, gdzie już na nas czekają nasze rowery. Wycieczka na Tarnicę i Halicz zajęła nam ok. 5 godzin, co uznajemy za tempo dosyć sprawne. Rowerowa podróż z Wołosatego do Ustrzyk Górnych zajmuje nam ok. 25 minut.
W Ustrzykach Górnych zatrzymujemy się w klimatycznym sklepie „Centrum”… Trudno mi to adekwatnie opisać, ale siedząc pod kultowym parasolem z logo „Koral” oraz obserwując pokryty blachą budynek, czuję jakbym cofnął się w czasie – do okresu mojego dzieciństwa. Po koniecznych zakupach spożywczych, podjeżdżamy do naszego dzisiejszego noclegu – cudownie sielskiego pensjonatu „Carynka”. Jak myślicie, długo będziemy odpoczywać? Oczywiście, że nie! Korzystając z długich dni, popołudnie i wczesny wieczór zamierzamy spędzić w kolejnym kultowym miejscu w Bieszczadach, a mianowicie na Połoninie Caryńskiej. Pozwólcie jednak, że o tym opowiem Wam już w następnym wpisie!
Data wycieczki: 21 czerwca 2025 roku
Statystyki wycieczki: 19 km; 800 metrów różnicy wysokości
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.


Mapa wycieczki
Bibliografia
- Bieszczady. Przewodnik dla prawdziwego turysty, wydawnictwo Rewasz, Pruszków 2024,
- Oficjalna strona internetowa Bieszczadzkiego Parku Narodowego.

2 thoughts on “Tarnica i Halicz, czyli klasyczna pętla w Bieszczadach”