Starorobociański Wierch (2 176 m n.p.m.) jest najwyższym szczytem polskiej części Tatr Zachodnich (oraz czwartym w ogóle). Położony jest na głównej grani Tatr – pomiędzy Siwym Zwornikiem a Kończystym Wierchem. Góra znana jest z monumentalnej, ujmującej wręcz sylwetki oraz fantastycznej panoramy widokowej z samego szczytu. Starorobociański Wierch nie należy do najpopularniejszych tatrzańskich wierzchołków, dzięki czemu nawet w pogodne weekendy można uniknąć tam tłumów.
W niniejszym wpisie opiszę wejście na szczyt w warunkach lekko zimowych. Wchodzić będę czarnym szlakiem przez Dolinę Starorobociańską, schodzić – czerwonym przez Dolinę Jarząbczą. Dla ścisłości dodam, że na wierzchołek można dostać się również z Kir, przechodząc przez Dolinę Kościeliska i masyw Ornaku. Jeżeli interesuje Cię właśnie ten wariant, zobacz mój wpis o wiosennym zdobyciu Bystrej i Starorobociańskiego.
Spis treści
- Start z Doliny Chochołowskiej
- Trekking przez Dolinę Starorobociańską
- Podejście na Siwą Przełęcz (1 815 m n.p.m.)
- Starorobociański Wierch zimą – szczyt
- Zejście przez Kończysty Wierch na Trzydniowiański Wierch
- Trekking przez Dolinę Jarząbczą
- Mapa wycieczki
- Bibliografia
Start z Doliny Chochołowskiej
Na parking w Siwej Polanie (ok. 900 m n.p.m.) zajeżdżamy kilka minut po godzinie 7. Zaspanym jeszcze krokiem podchodzimy do punktu kasowego Tatrzańskiego Parku Narodowego, a następnie rozpoczynamy trekking szlakiem zielonym. Z początku trasa wiedzie asfaltem, prowadząc północnym skrajem Siwej Polany. Zwracam uwagę na liczne stragany, w których, o nieco popularniejszych godzinach, można zakupić liczne przekąski, w tym przede wszystkim – góralskie oscypki.
Kiedy wchodzimy do lasu, puszczam Martynę i Jaromira przodem. Ich zadaniem będzie dogonić pozostałą część ekipy i przejść razem tzw. Liptowską Grań tj. grań od Kończystego Wierchu aż po Wołowiec. Dlaczego nie idę z nimi? Po pierwsze, trasę tą realizowałem już rok temu (a nawet całkiem dokładnie ją opisałem). Po drugie, przejście grani nie jest trudne techniczne, ale to spora wyrypa kondycyjna. Ponieważ mój organizm bardzo wyraźnie domaga się lżejszego trekkingu, z pokorą postanawiam go posłuchać. Starorobociański będzie jak znalazł!

Zielonym szlakiem przez Dolinę Chochołowską idę więc samemu. Ze względu na swoją długość i płaski charakter, odcinek uchodzi za jeden z mniej atrakcyjnych po polskiej stronie Tatr. Z jakiegoś jednak powodu, kilometry mijają mi dzisiaj całkiem szybko. Przechodzę więc przez polanę Huciska (982 m n.p.m.), a niedługo później przez Wyżnią Bramę Chochołowską. Przed tą ostatnią, zwracam uwagę na charakterystyczny znak w czarno-żółtą szachownicę, ostrzegający turystów o panującym zagrożeniu lawinowym. Rozglądam się smutno wokół siebie. No tak… w kalendarzu mamy przecież 20 grudnia, przeddzień początku kalendarzowej zimy. Teoretycznie śniegu powinno być mnóstwo, a jednak warunki są iście wiosenne.
Po przejściu 5 kilometrów, zaraz za leśniczówką Tatrzańskiego Parku Narodowego, skręcam w lewo – na szlak czarny przez Dolinę Starorobociańską.


Trekking przez Dolinę Starorobociańską
Dolina Starorobociańska jest największą spośród bocznych odnóg Doliny Chochołowskiej i rozciąga się między grzbietami Ornaku i Trzydniowiańskiego Wierchu. Jej nazwa pochodzi od zwrotu „Stara Robota”, co z kolei stanowi nawiązanie do działających tutaj niegdyś kopalni. Górnictwo kwitło tu już od początku XVI wieku, czyli od czasu, gdy w dolinie operowała spółka z udziałem… króla Zygmunta Starego. Za Nyką podaję, że pod koniec XVIII stulecia w Starej Robocie wydobywano głównie kruszce antymonowo-miedziane z niewielką domieszką srebra. Równolegle, Dolina Starorobociańska była intensywnie wypasana, czego po dziś dzień żywą pamiątką jest mocno rozrzedzone pasmo kosodrzewiny.
Z początku szlak czarny biegnie równolegle z żółtym, wiodącym na przełęcz Iwaniacką – trasy rozchodzą się dopiero po 700 metrach. Idę teraz szeroką drogą gruntową, a przed moimi oczyma otwiera się fantastyczny widok na urzekającą piramidę Starorobociańskiego Wierchu. Wierzcie lub nie, ale z tej perspektywy góra wygląda naprawdę dostojnie – jakby była znacznie wyższa i bardziej skalista niż jest w rzeczywistości. Czasem zerkam również na lewą stronę, a to za sprawą fikuśnych skałek na zboczu zakazanego Kominiarskiego Wierchu.
Dolina Starorobociańska to jedno z niewielu miejsc w Tatrach, gdzie istnieje realna szansa omyłkowego zboczenia w nieodpowiednią ścieżkę. Tak się bowiem składa, że tutejsze lasy są eksploatowane przez Wspólnotę Leśną Uprawnionych Ośmiu Wsi, a co za tym idzie – pokryte siatką dróg leśnych. Z tego względu, momentami warto się upewnić czy obrany przez nas kierunek, w istocie jest tym właściwym.



Podejście na Siwą Przełęcz (1 815 m n.p.m.)
Po niemal 3,5 kilometrach od opuszczenia Doliny Chochołowskiej, dochodzę na Starorobociańską Rówień (1 330 – 1390 m n.p.m.), niegdyś silnie wykorzystywaną pastersko. Stał tutaj nawet spory szałas, przerobiony w 1938 roku na prywatne schronisko turystyczne. W czasie wojny budynek służył partyzantom z Armii Krajowej, a po jej zakończeniu – jednemu z dalej walczących oddziałów pod wodzą Józefa Kurasia, ps. „Ogień”. W 1946 roku zgrupowanie zostało rozbite, a chata spalona. Dzisiaj żadnych budynków tu już więc nie ma, ale przepiękny widok na główny grzbiet Tatr Zachodnich oczywiście pozostał.
Za Starorobociańską Równią nachylenie terenu zaczyna raptownie wzrastać. Czarny szlak zuchwale wspina się po zachodnim zboczu masywu Ornaka, pozwalając na zdobycie ponad 400 metrów różnicy wysokości na dystansie zaledwie 1,5 kilometra. Ponieważ moja dyspozycja dnia nadal woła o pomstę do nieba, podejście wydaje mi się bardzo mozolne i całkiem wymagające kondycyjnie. Umilam sobie więc marsz audiobookiem książki „Wielicki. Piekło mnie nie chciało”. Muszę Wam szczerze powiedzieć, że słuchanie o perypetiach himalaistów, samemu będąc w górach, wydaje mi się niezwykle klimatyczne. Staje się tak tym bardziej, że wraz z nabywaniem wysokości, w moim otoczeniu pojawia się więcej śniegu, a panoramy na pobliskie szczyty są coraz bardziej urzekające.



Czarny szlak przez Dolinę Starorobociańską charakteryzuje się tym, że jest… mało tatrzański. No bo wiecie… większość znakowanych tras w naszych najwyższych górach ma formę starannie ułożonych, skalnych chodników. Czarny szlak jest natomiast inny – zdecydowanie bardziej dziki i „surowy”.
W nieco ponad 5 kilometrów od opuszczenia Doliny Chochołowskiej, czarny szlak wyprowadza mnie na Siwą Przełęcz (1 812 m n.p.m.). Siodełko oddziela Kotłową Czubkę (1 840 m n.p.m.), stanowiącą skrajną kulminację grzbietu Ornaka od Siwego Zwornika, jednego ze szczytów na głównej grani Tatr Zachodnich. Miejsce wykorzystuje na krótką przerwę na kanapkę i łyk zmrożonego izotonika. Widoki z Siwej Przełęczy są doskonałe, a obejmują głównie masyw Ornaka i wyloty Dolin Kościeliskiej i Chochołowskiej z jednej strony oraz sylwetki pobliskich szczytów głównej grani Tatr Zachodnich z drugiej.


Starorobociański Wierch zimą – szczyt
Po kilkunastu minutach marszu umiarkowanie stromym szlakiem zielonym melduję się na głównej grani Tatr Zachodnich, a dokładniej na Siwym Zworniku (1 965 m n.p.m.). Schodzę do płytkiej Gaborowej Przełęczy (1 938 m n.p.m.), a następnie rozpoczynam ostateczne podejście na główny cel mojej dzisiejszej wycieczki. Podążam teraz odcinkiem graniowego szlaku czerwonego, pośród wystających spod śniegu trawek oraz sporych stad kozic. Na majestatycznych zwierzętach widok ludzi nie robi już najmniejszego wrażenia. Kozice nauczyły się, że człowiek jest istotą prostą: żadnej krzywdy im nie zrobi, a jedynie zacznie celować w nich tym swoim dziwnym, niewielkim pudełkiem.



Podejście na Starorobociański Wierch z Gaborowej Przełęczy wymaga pokonania 250 metrów różnicy wysokości na dystansie ok. 1 kilometra. W warunkach letnich odcinek można pokonać w kilkanaście minutek, ale dzisiaj zajmuje mi to niespełna pół godziny. Suma summarum, Starorobociański Wierch zdobywam o godzinie 12, a więc po ok. pięciu godzinach trekkingu. Mimo teoretycznie zimowej daty, nikłe warunki śniegowe ani na moment nie zmusiły mnie do ubrania raków. Odziewam je dopiero na szczycie, zakładając, że mogą mi ułatwić sprawne i bezpieczne zejście.
Ze Starorobociańskiego Wierchu roztacza się niesamowity widok na wszystkie strony świata. Patrząc na wschód, szczególną uwagę przykuwa pobliska Bystra oraz przebogata panorama Tatr Wysokich. Obracając wzrok w drugą stronę, w pierwszej kolejności dostrzegam Raczkową Czubę oraz Jarząbczy Wierch, a na dalszym całe mrowie pozostałych wierzchołków Tatr Zachodnich. Na północy w całej okazałości oglądam m.in. zwornikowy masyw Ornaku czy też całą Dolinę Starorobociańską. Wreszcie, patrząc w kierunku południowym, zachwycam się szczytami Niżnych Tatr, dostojnie wystającymi ponad gęste morze chmur.
Chociaż mocno operujące słoneczko zapewnia dzisiaj komfortową temperaturę, ze szczytu Starorobociańskiego prędko przegania mnie bardzo silny wiatr. Rzucam więc ostatnie spojrzenie na mur Tatr Wysokich, puszczam oczko do zadziornego Krywania i ruszam w drogę powrotną.



Zejście przez Kończysty Wierch na Trzydniowiański Wierch
Ze Starorobociańskiego Wierchu kontynuuję wycieczkę szlakiem czerwonym, schodząc stokami zachodnimi. Z tej strony śniegu jest znacznie więcej aniżeli na podejściu od Gaborowej Przełęczy, toteż decyzja o przywdzianiu raków wydaje mi się jak najbardziej słuszna. Zamiast jednego, konkretnego wariantu zejściowego, zauważam tu kilka, alternatywnie przetartych śladów. Można więc sobie wybrać (albo, ewentualnie, wytyczyć coś swojego :D). Widoczność cały czas idealna, więc zejście odbywam w iście fantastycznych warunkach.
Na dystansie nieco ponad kilometra, schodzę do Starorobociańskiej Przełęczy (1 958 m n.p.m.), a następnie podchodzę na mało wybitną kulminacją Kończystego Wierchu (2 002 m n.p.m.). Na ostatnim szczycie dzisiejszej wycieczki melduje się ok. 12.40, a więc nieco ponad pół godziny od zejścia ze Starorobociańskiego Wierchu. Również i stąd roztaczają się przyjemne widoki tak na Tatry Zachodnie, jak i Wysokie.



Na Kończystym Wierchu opuszczam główną grań Tatr i obieram szlak zielony, biegnący w kierunku Trzydniowiańskiego Wierchu. Na tym odcinku raki się jeszcze przydają. Zejście wiedzie bowiem stromym stokiem, a ze względu na jego zacieniony charakter, śniegu jest tu więcej niż gdzie indziej. Schodzę do Dudowej Przełączki, a następnie pokonuje trawers niewielkiej kulminacji Czubika (1 346 m n.p.m.). Na tym odcinku idę już po gołej ziemi, więc ściągam raki i chowam głęboko do plecaka. Przerwa jest doskonałym pretekstem, by skupić się na pysznej panoramie Doliny Jarząbczej oraz zamykającej ją od strony zachodniej linii Wołowca, Rakonia i Grzesia.
Najkrótszym wariantem powrotnym ze Starorobociańskiego Wierchu byłoby przejście przez Trzydniowiański Wierch (1 758 m n.p.m.), kurczowe trzymanie się grzbietu zwornikowego, a następnie zejście szlakiem czerwonym na polanę Trzydniówki. Trasa ta umożliwia szybką utratę wysokości po wyrobionych schodach i doprowadza bezpośrednio do Doliny Chochołowskiej (do punktu, z którego na parking w Siwej Polanie pozostaje ok. 6 kilometrów marszu płaskim terenem).
Ja wybieram jednak inny wariant. Ponieważ czas mam dosyć dobry, a noc zamierzam spędzić w schronisku PTTK na Polanie Chochołowskiej, postanawiam odświeżyć sobie przebieg czerwonego szlaku przez Dolinę Jarząbczą. Nie wychodzę więc na sam szczyt Trzydniowiańskiego Wierchu, a zamiast tego, zaraz przed wierzchołkiem, odbijam w krótką ścieżkę łącznikową. Po dwóch minutkach jestem już na właściwym szlaku i rozpoczynam kolejny etap zejścia.
Na marginesie przestrzegam, żeby zachować w tym miejscu pewną ostrożność. Szlak czerwony wiedzie bowiem swoistym półkolem – z Doliny Jarząbczej na polanę Trzydniówki. W praktyce oznacza to, że oba zejścia z Trzydniowiańskiego Wierchu oznakowane są tym samym kolorem. Parę lat temu, na samym początku mojej tatrzańskiej przygody, stało się to przyczyną popełnienia przeze mnie głupiego błędu. Zauważyłem szlaki czerwone, nie zweryfikowałem tego na mapie i polazłem nie tak jak trzeba. Ponieważ oba szlaki prowadzą do Doliny Chochołowskiej, większych konsekwencji to nie miało. Dołożyłem sobie jednak niepotrzebnie parę kilometrów, a, mówiąc najłagodniej, nie byłem już wówczas człowiekiem pierwszej świeżości.


Trekking przez Dolinę Jarząbczą
Doświadczenia z górnej części szlak czerwonego nakazują mi po raz kolejny zweryfikować, czy dzisiaj aby na pewno mamy 20 grudnia. Dolina Jarząbcza skąpana jest bowiem popołudniowym słońcem do tego stopnia, że ściągam puchówkę oraz zamaszyście podwijam rękawy polara. Intensywna zieleń kosówki sprawia natomiast takie wrażenie, jakbyśmy nazajutrz mieli topić Marzannę, a nie świętować pierwszy dzień kalendarzowej zimy.
Pierwszy etap zejścia Doliną Jarząbczą jest dosyć stromy, ale im dalej, tym nachylenie staje się coraz bardziej łagodne. Po dwóch kilometrach od opuszczenia grzbietu Trzydniowiańskiego, szlak przekracza Jarząbczy Potok oraz prowadzi dalej dawnymi, górniczymi ścieżkami. Na etapie reglowym zejście staje się dosyć uciążliwe – raz bowiem pomykam przez teren całkiem bezśnieżny, innym razem walczę o życie na istnym lodowisku. Jak tylko zbieram się w sobie do przerwy na ubranie raczków, „zima się kończy”, a przede mną otwiera się kilkudziesięciometrowy odcinek gołej ziemi. Myślę sobie „bez sensu, tylko je tu zniszczę…”. No i tak w kółko, szlak bawi się ze mną w kotka i myszkę niemal na całym, 5-kilometrowym odcinku.


Po ok. 2,5 kilometrach zejścia, odbijam ze szlaku czerwonego w prawo – na tzw. „szlak papieski”, znakowany na żółto. Po co to robię? Ano dlatego, że w ostatnim czasie zaczyna u mnie kiełkować chęć skompletowania wszystkich szlaków po polskiej stronie Tatr. A skoro mają być wszystkie, to także ok. 100-metrowy odcinek dojściowy do stojącej nad Jarząbczym Potokiem kapliczki. Miejsce jest całkiem klimatyczne, a upamiętnia wizytę Jana Pawła II w Dolinie Chochołowskiej (która miała miejsce w dniu 23 czerwca 1983 roku).
W ostatniej fazie zejścia szlak przybiera formą szerokiej drogi gruntowej, a przede mną odsłaniają się pięknie oświetlone Mnichy Chochołowskie. Kilka minut przed godziną 15, szlak czerwony wyprowadza mnie wprost na Polanę Chochołowską, w miejscu oddalonym o ok. pół kilometra od schroniska PTTK. Skręcam więc w lewo, żwawo krocząc ku ciepłej izbie i smacznemu obiadowi. Ponieważ najdłuższą noc w roku spędzamy w schronisku, moja wycieczka właśnie dobiega końca. Gdybym jeszcze dzisiaj musiał wracać na parking w Siwej Polanie, miałbym przed sobą dodatkowe 7,5 kilometra marszu niemal płaską drogą gruntową. Biorąc pod uwagę zbliżający się zachód słońca, odcinek pokonałbym już w świetle czołówki.
Data wycieczki: 20 grudnia 2025 roku
Statystyki wycieczki: 19 km; 1 410 metrów różnicy wysokości [w wariancie zakładającym koniec w schronisku; dla osób wracających na parking w Siwej Polanie przez Dolinę Jarząbczą dystans wyniesie 26,5 km, a przez polanę Trzydniówka – 23,5 km].
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.


Mapa wycieczki
Bibliografia
- Nyka J., Nyczanka M, Tatry Polskie, wydanie XXII, Latchorzew 2020.

One thought on “Starorobociański Wierch zimą (2 176 m n.p.m.) – przez Dolinę Starorobociańską”