Raczkowa Czuba (Jakubina) to drugi co do wysokości szczyt Tatr Zachodnich, a jednocześnie najwyższy punkt na grani Otargańców. Mierzy 2 194 m n.p.m. i położona jest w całości po słowackiej stronie granicy. Wybrałem się na ten szczyt w pewną piękną grudniową niedzielę, spragniony widoków tatrzańskiej zimy i chrzęstu śniegu pod rakami. I jednego, i drugiego dostałem pod dostatkiem, a poza Raczkową Czubą udało się odwiedzić szereg innych tatrzańskich wierzchołków: Trzydniowiański Wierch (1 758 m n.p.m.), Kończysty Wierch (2 002 m n.p.m.), Jarząbczy Wierch (2 137 m n.p.m.), Łopatę (1 957 m n.p.m.) oraz Wołowiec (2 063 m n.p.m.). Jak przystało na Tatry Zachodnie, trasa nie wymagała posiadania umiejętności technicznych, ale była za to bardzo wymagająca kondycyjnie. Zapraszam na relację z mojej pierwszej zimowej wyprawy w Tatry w sezonie 2024/2025!
Spis treści
- Trekking przez Dolinę Chochołowską
- Trzydniowiański Wierch zimą (1 758 m n.p.m.) z Doliny Chochołowskiej
- Kończysty Wierch zimą (2 002 m n.p.m.)
- Jarząbczy Wierch zimą (2 137 m n.p.m.)
- Raczkowa Czuba zimą (2 194 m n.p.m.) – drugi szczyt Tatr Zachodnich
- Niska Przełęcz (1 831 m n.p.m.)
- Torowanko na szczyt Łopata (1 957 m n.p.m.)
- Dziurawa Przełęcz (1 836 m n.p.m.)
- Wołowiec (2 064 m n.p.m.) z Dziurawej Przełęczy
- Zejście z Wołowca do Doliny Chochołowskiej
- Mapa wycieczki
- Bibliografia
Trekking przez Dolinę Chochołowską
Na parking w Siwej Polanie (ok. 900 m n.p.m.) zajeżdżamy kilka minut po godzinie 7. Moim dzisiejszym towarzyszem jest Jaromir — bez wątpienia największy miłośnik Tatr Zachodnich, jakiego dotychczas miałem okazję poznać. Prawdę mówiąc, pierwotnie miało mnie tutaj nie być, ponieważ planowałem spędzić cały weekend na Krakowskim Festiwalu Górskim. Kiedy jednak prognozy zaczęły zapowiadać na niedzielę pełną lampę, możliwość poznawania gór w praktyce wygrała ponad perspektywą słuchania o nich w hali kongresowej.
Na parkingu w Siwej Polanie dostrzegamy… ok. 50 Mikołajów. Okazuje się, że przypadkowo trafiliśmy na akcję mikołajkową, której celem jest zbiórka pieniędzy na jedno z krakowskich schronisk dla zwierząt. Okoliczność ta początkowo wydaje nam się dosyć zabawna i klimatyczna. Nasze miny rzędną dopiero wówczas, gdy wszyscy Mikołajowie (a my za nimi) ustawiają się w kolejce do kasy TPN. Ach, że też akurat dzisiaj nie pomyśleliśmy o kupieniu biletu przez internet!
Swoją drogą, w kasie przy Siwej Polanie opłaty pobiera nie Tatrzański Park Narodowy, a stowarzyszenie o nazwie Wspólnota Leśna Uprawnionych Ośmiu Wsi. Jest to organizacja skupiająca osiem podhalańskich wiosek, które już od XIX wieku są właścicielami większości lasów na terenie Doliny Chochołowskiej i pobliskiej Doliny Lejowej. Stowarzyszenie prowadzi swoją własną gospodarkę leśną oraz czerpie zyski z administrowanych terenów (m.in. ze sprzedaży drewna czy też właśnie ze sprzedaży biletów wstępu).


Idziemy zielonym szlakiem turystycznym, biegnącym dnem Doliny Chochołowskiej. Trasa biegnie głównie lasem, w bezpośrednim sąsiedztwie Chochołowskiego Potoku. Droga jest płaska i raczej mało atrakcyjna, dlatego pierwsze kilometry pokonujemy w szybkim tempie. Po ok. czterdziestu minutach marszu docieramy do Wyżniej Bramy Chochołowskiej, czyli do znacznego przewężenia doliny znanego z grupy interesujących form skalnych.
Trzydniowiański Wierch zimą (1 758 m n.p.m.) z Doliny Chochołowskiej
Po sześciu kilometrach od opuszczenia parkingu w Siwej Polanie docieramy na niewielką polanę Trzydniówka (1 081 m n.p.m.), dzisiaj już niemal całkowicie zarośniętą. W tym miejscu odbijamy w lewo na szlak czerwony na Trzydniowiański Wierch. Trasa jest dosyć stroma, dlatego już na samym początku podejścia decydujemy się na założenie raków. Na Trzydniowiański Wierch mamy do zrobienia ok. 650 metrów różnicy wysokości na dystansie 2,5 kilometra. Pierwsze kilkaset metrów podchodzimy żlebem Krowiniec (nazywany czasami przez turystów Krowim Żlebem). Następnie wchodzimy w gęsty, górnoreglowy las, zakosami nabierając kolejne metry wysokości. Podejście jest intensywne, ale bardzo komfortowe – na czerwonym szlaku w wielu miejscach wyrobione są bowiem kamienno-ziemne schody.


Pół godziny od opuszczenia rozdroża szlaków wychodzimy ponad piętro reglowe i wkraczamy pomiędzy kosodrzewinę. Śniegu w Tatrach jest jeszcze jak na lekarstwo, toteż sosenki bardzo wyraźnie wystają ponad poziom białego puchu. Na tym etapie podejście robi się mniej intensywne oraz zdecydowanie bardziej widokowe. Po lewo otwiera się piękna panorama na Ornak i Tatry Wysokie, na nami majaczy Kominiarski Wierch, a przed sobą w całej okazałości widzimy grzbiet Tatr Zachodnich. Zimowe krajobrazy Tatr wywołują we mnie wyższy poziom zachwytu. W mroźnym, rześkim powietrzu kontury otaczających nas szczytów wydają się być zdecydowanie bardziej wyraziste i jakby „bliższe” niż latem.
Ok. 9.45 meldujemy się na szczycie Trzydniowiańskiego Wierchu (1 758 m n.p.m.). Tam też robimy sobie krótką przerwę, podziwiając widoki, jedząc skamieniałe kanapki oraz nawadniając się… zamarzniętym już Oshee. No cóż, takie uroki zimy. Na Trzydniowiańskim Wierchu obieramy szlak zielony, biegnący południkowym grzbietem w kierunku głównego grzbietu Tatr Zachodnich.




Kończysty Wierch zimą (2 002 m n.p.m.)
Po opuszczeniu Trzydniowiańskiego Wierchu rozpoczynamy trawers mało wybitnego szczytu Czubika (1 846 m n.p.m.). Na tym odcinku od czasu do czasu zapadamy się w nieubitym śniegu, ale na ten moment jest to raczej wyjątek od reguły. Ogólnie warunki mamy dziś doskonałe: poruszamy się po dobrze wydeptanym śladzie, a tempo marszu niemal dorównuje temu, w jakim pokonalibyśmy tę trasę latem.
U podnóża Kończystego Wierchu na moment się rozdzielamy. Jaromir był już kiedyś na Raczkowej Czubie, a dziś nie odczuwa potrzeby ponownego zdobywania tego szczytu. Ustalamy więc, że ruszę przodem, samotnie zdobędę wierzchołek Jakubiny, a następnie spotkamy się na Jarząbczym Wierchu. Podejście z Dudowej Przełączki (1 815 m n.p.m.) na Kończysty Wierch wymaga pokonania prawie 200 metrów różnicy wysokości na dystansie ok. 600 metrów. Jest więc całkiem stromo, ale raczej prosto: również i na tym odcinku szlak został bowiem uformowany w kamienne (a miejscami nawet drewniane) schody. Schody te są zresztą doskonale widoczne, ponieważ ze względu na znaczne nachylenie terenu i działalność wiatru, pokrywa śnieżna jest w tym miejscu znikoma.
Szczyt Kończystego Wierchu (bądź inaczej Kończystej nad Jarząbczą; 2 002 m n.p.m.) osiągam o godzinie 10.45. Przejrzystość powietrza w dalszym ciągu jest idealna. Jak na dłoni widzę więc mocarny wierzchołek Starorobociańskiego Wierchu (2 176 m n.p.m.) na wschodzie oraz mój następny cel – Jarząbczy Wierch i Raczkową Czubę na zachodzie. Po krótkiej przerwie na zachwyt ruszam dalej, czerwonym szlakiem turystycznym wzdłuż głównej grani Tatr Zachodnich. Na tym etapie wycieczka robi się zdecydowanie bardziej wymagająca. Szlak okazuje się bowiem słabo przetarty, co rodzi konieczność żmudnego torowania sobie drogi w sypkim śniegu.


Jarząbczy Wierch zimą (2 137 m n.p.m.)
Parę minut po godzinie 11.00 melduje się na Jarząbczej Przełęczy (1 954 m n.p.m.), a stamtąd na Jarząbczy Wierch już rzut beretem! Z animuszem rozpoczynam więc nietrudne podejście umiarkowanie stromym zboczem. Osiągam mało wybitny szczyt Kopy Prawdy (2 027 m n.p.m.), a następnie rozpoczynam właściwą wspinaczkę na Jarząbczy Wierch. Szlak prowadzi teraz nieco poniżej głównej grani – po jej północnej stronie, obecnie mocno zacienionej. Z uwagi na strome zbocza opadające w tym miejscu do Doliny Jarząbczej, zimą na tym odcinku oprócz raków przydać się może także i czekan. Podejście na Jarząbczy Wierch staje się nieco bardziej wymagające dopiero w jego ostatniej fazie. Na ostatnim metrach robi się bowiem nieco stromej oraz znacznie bardziej skaliście. Żadne trudności są jednak w stanie mnie dzisiaj powstrzymać i o godzinie 11.25, po raz pierwszy w życiu, zdobywam szczyt Jarząbczego Wierchu (2 137 m n.p.m.).




Co ciekawe, żeby zdobyć główny wierzchołek Jarząbczego Wierchu należy chwilowo opuścić nasze polskie terytorium. Szczyt znajduje się bowiem już po słowackiej części Tatr, ok. 100 metrów od przebiegu granicy. Z wierzchołka odchodzi zielony szlak turystyczny, biegnący wzdłuż długiej i potężnej Grani Otargańców, jednej z najciekawszych grani bocznych Tatr Zachodnich.
Raczkowa Czuba zimą (2 194 m n.p.m.) – drugi szczyt Tatr Zachodnich
Ok, a więc rozpoczynam najtrudniejszą część dzisiejszej wycieczki! Przejście z Jarząbczego Wierchu na Raczkową Czubę wymaga pokonania ok. 100 metrów różnicy wysokości na dystansie ok. 700 metrów. Problemem jest może nie tyle techniczna trudność Raczkowej Czuby, co raczej stan prowadzącego na nią szlaku. Trasa jest całkowicie nieprzetarta, co wymaga ode mnie przemyślanego stawiania kroków oraz uważnego sondowania terenu przy użyciu kijków trekkingowych. Dlaczego to takie istotne? Podejście na Raczkową Czubę jest bowiem dosyć skaliste, a pokrywa śnieżna jest jeszcze relatywnie niewielka. W takich warunkach nieuważny krok może skończyć się zapadnięciem w śniegu i w konsekwencji – wpadnięciem w szczelinę pomiędzy jednym kamieniem a drugim (a to znowu może skończyć się skręceniem kostki lub, w najlepszym razie, bolesnym siniakiem).
Szczególnie nieprzyjemnie robi się w ostatniej fazie podejścia – nachylenie staje się znaczne, a teren jeszcze bardziej kamienisty i zwodniczy. Na bieżąco obieram więc takie warianty, które w danym momencie wydają mi się najbardziej logiczne. Nawiasem mówiąc podejrzewam, że w dalszej części zimy, kiedy śnieg dokładnie przysypie znajdujące się na Raczkowej Czubie skały, podejście stanie się zdecydowanie bardziej przystępne.
Szczyt Raczkowej Czuby (2 194 m n.p.m.) osiągam o 11.55, a więc ok. pół godziny po opuszczeniu Jarząbczego Wierchu. Czuję pełną satysfakcję! Nie dość, że zdobyłem dzisiaj drugi co do wysokości szczyt Tatr Zachodnich to jeszcze uczyniłem to w całkiem dobrym, jak na warunki zimowe oczywiście, czasie. Pozostaje mi więc tylko westchnąć i spojrzeć na to wszystko, co rysuje się wokoło mnie. A jest na co patrzeć, ponieważ widoki z Raczkowej Czuby są dzisiaj wprost oszałamiające! Szczególną uwagę zwraca zwaliste cielsko Starorobociańskiego Wiechu, elegancka Bystra oraz smukły Baraniec. Po prawo od Bystrej miga doniosły Krywań, a w oddali z łatwością rozpoznać można dziesiątki innych szczytów Tatr Wysokich. Na południu rozciąga się morze chmur, z którego, niczym wyspa, wyłania się potężny grzbiet Niżnych Tatr. Wreszcie, patrząc na wschód, oglądam dalszy przebieg naszej dzisiejszej trasy – fragment Liptowskiej Grani z Niską Przełęczą, Łopatą oraz Wołowcem. Magia, po prostu magia.






Niska Przełęcz (1 831 m n.p.m.)
Obawiam się, że Jaromir od dłuższego czasu czeka na mnie na Jarząbczym Wierchu i zapewne zaczyna się już nieco niecierpliwić. Piszę więc SMSa, na który dostaję pokrzepiającą odpowiedź „nie musisz się spieszyć, jest mi tutaj cudownie”. Ok, a więc nie tylko mi tak bardzo się tutaj podoba. Droga powrotna na Jarząbczy Wierch zajmuje mi mniej więcej tyle samo czasu co w pierwszą stronę, ale z oczywistych względów jest znacznie łatwiejsza: mogę wracać po swoich własnych śladach oraz omijać te fragmenty, które w pierwszą stronę uznałem za mało optymalne.
Na Jarząbczym Wierchu faktycznie spotykam zadowolonego Jaromira i w dalszą podróż wyruszamy już razem. Kolejny etap naszej wędrówki obejmuje zejście do Niskiej Przełęczy (1 831 m n.p.m.). Odcinek wymaga utraty 300 metrów różnicy wysokości za dystansie zaledwie 700 metrów, także, uwierzcie mi, jest tu naprawdę stromo. Prawdę mówiąc, ten fragment wycieczki zapamiętałem jako wyjątkowo nieprzyjemny. Ze względu na znaczne nachylenie terenu oraz na działalność wiatru, również i na tym podejściu pokrywy śnieżnej praktycznie nie było. Szuramy więc rakami o odsłonięte skały, uważając na każdy stawiany krok oraz podpierając się dla pewności trzymanym w ręce czekanem. Swoją drogą, ze względu na wspomniane przeze mnie uwarunkowania, akurat na tym odcinku szlaku znaczna pokrywa śnieżna nie utrzymuje się nigdy (nawet w późniejszych etapach zimy).


A skoro śniegu nie ma na stokach Jarząbczego Wierchu to gdzie się podział? Ano pewnie zalega w niższych partiach grani… No i faktycznie, odcinek czerwonego szlaku od Niskiej Przełęczy w kierunku Łopaty okazuje się momentem wyjątkowo mozolnego przedzierania się przez zwały sypkiego i nieubitego śniegu. Nie ma sensu ukrywać – oboje przechodzimy teraz lekki kryzys. Torowanie drogi kosztuje mnóstwo sił, zmęczenie rośnie, pojawia się irytacja… Szczęśliwie jednak, niesprzyjające warunki śniegowe w dalszym ciągu rekompensują nam przepiękne panoramy. Na tym etapie największe wrażenie robi widok na skalny szpikulec Rohacza Ostrego, tak bardzo wyróżniający się spośród pozostałych szczytów Tatr Zachodnich.
Torowanko na szczyt Łopata (1 957 m n.p.m.)
W standardowym, letnim wariancie czerwony szlak turystyczny trawersuje szczyt Łopaty (1 957 m n.p.m.) od południa tj. od słowackiej strony. Z uwagi na znaczne zagrożenie lawinowe zimą używa się natomiast innego wariantu, biegnącego główną granią Tatr i przechodzącego bezpośrednio przez główny wierzchołek.
Chociaż wydeptany ślad prowadzi wersją letnią, my decydujemy się obrać trasę zimową. Jaromir słusznie zauważa, że skoro nasz trekking już i tak wyszedł przydługi i bardzo męczący, to nic nie stoi na przeszkodzie, by dołożyć do niego także i zdobycie niedostępnej latem Łopaty. Odbijamy więc z czerwonego szlaku turystycznego „pod górę” i ponownie przystępujemy do mozolnego torowania szlaku. Swoją drogą, dacie wiarę, że Łopata jest nieodświeżona? :D Szczyt zdobywamy ok. godziny 14.00 i jesteśmy z tego faktu całkiem zadowoleni. Z wierzchołka rozciągają się bowiem bardzo sympatyczne widoki zarówno na piramidę Jarząbczego Wierchu, z którego właśnie zeszliśmy, jak i na Wołowiec, na który dopiero zmierzamy.



Dziurawa Przełęcz (1 836 m n.p.m.)
Z Łopaty schodzimy do Dziurawej Przełęczy (1 836 m n.p.m.), ponownie łącząc się z letnim przebiegiem szlaku czerwonego. W tym miejscu musimy zachować szczególną ostrożność. W tym miejscu musimy zachować szczególną ostrożność. O ile bowiem Liptowska Grań przez większość czasu jest łagodna jak baranek, tak na tutejszym fragmencie nieśmiało pokazuje pazurki. Odmienność omawianego odcinka nie wzięła się zresztą znikąd: jakkolwiek większość grani zbudowana jest ze skał metarmorficznych, tak w okolicach Dziurawej Przełęczy znajdziemy najprawdziwszy granit (budulec Tatr Wysokich). Grupę skałek pokonujemy więc możliwie jak najuważniej (zwłaszcza, że również i tutaj śnieg się nie utrzymuje, co rodzi konieczność szurania rakami po gołym kamieniu).

Wołowiec (2 064 m n.p.m.) z Dziurawej Przełęczy
Następnie, rozpoczynamy ostatnie podejście dzisiejszego dnia, a mianowicie 200 metrów różnicy wysokości z Dziurawej Przełęczy na Wołowiec. Z tego odcinka zapamiętałem głównie nagły i niespodziewany zastrzyk energii, który pozwolił nam w całkiem szybkim i błyskotliwym stylu zdobyć ostatni szczyt dzisiejszego dnia – Wołowiec (2 064 m n.p.m.). Na wierzchołku meldujemy się parę minut przed godziną 15. Wprawdzie grudniowe Słońce wisi bardzo nisko na nieboskłonie, ale widoczność w dalszym ciągu mamy fenomenalną. Z Wołowca szczególnie dostojnie prezentują się pobliskie Rohacze; jak na dłoni widać także dziesiątki szczytów Tatr Zachodnich i Tatr Wysokich.
Lubię tu wracać także dlatego, że góra ta ma dla mnie znaczenie sentymentalne. Zdobyłem ją bowiem po raz pierwszy w 2018 roku i była wówczas moim pierwszym dwutysięcznikiem. To był sam początek mojej górskiej przygody, a z mojego małego osiągnięcia byłem wówczas niesamowicie dumny. Z tego powodu, Wołowiec bardzo rekomenduje osobom szukającym czegoś „na start z Tatrami” – i to zarówno latem, jak i zimą. Podejście nie jest przesadnie wymagające, a rozciągające się ze szczytu widoki zaliczane są do grona najpiękniejszych tatrzańskich panoram.




Zejście z Wołowca do Doliny Chochołowskiej
Parę minut po godzinie 15 rozpoczynamy zejście. W szybkim tempie pokonujemy fragment niebieskiego szlaku granicznego, schodząc na płaską przełączkę pomiędzy Wołowcem a Rakoniem. Na przełęczy odbijamy w prawo na szlak zielony, prowadzący do schroniska na Polanie Chochołowskiej. Ale uwaga! Szlaku zielonego generalnie nie używa się w zimie ze względu na lokalne wysokie zagrożenie lawinowe. My się na to decydujemy wyłącznie dlatego, że, jak wielokrotnie podkreślałem w niniejszym wpisie, wybraliśmy się w Tatry na samym początku sezonu i pokrywa śnieżna jest jeszcze bardzo niewielka.
Zielony szlak jest bardzo stromy, a co za tym idzie – pozwala na sprawną i szybką utratę kolejnych metrów wysokości. Myślami ewidentnie jesteśmy już przy obiedzie w schronisku, ponieważ podczas marszu bijemy nawet rekord jednego z tutejszych segmentów na Stravie :D. Zejście z Wołowca zielonym szlakiem przebiega najpierw przez strome zbocza polodowcowego kotła, a następnie, przez ok. trzy kilometry, przez gęsty, górnoreglowy las świerkowy.
Do schroniska na Polanie Chochołowskiej (1 146 m n.p.m.) docieramy parę minut po 16. A w środku? W środku jest prawie pusto! Wiem, wiem. Jest już ciemno, nie powinno nas tu być. Ale z drugiej strony, czy to nie fantastyczne chociaż raz zjeść obiad w przestronnym i niezatłoczonym tatrzańskich schronisku? Powiedzmy sobie szczerze, taka okazja zbyt często się nie trafia.
Kiedy opuszczamy schronisko, na polu jest już całkowicie ciemno. Siedem płaskich kilometrów ze schroniska na parking w Siwej Polanie pokonujemy już więc w świetle czołówek. Do samochodu docieramy zmęczeni, ale naprawdę uradowani. Zrobiliśmy dzisiaj ambitny trekking, zdobyliśmy kilka wysokich szczytów, przez wiele godzin chłonęliśmy fantastyczne panoramy zimowych Tatr. Co tu dużo mówić… Idealny dzień!
Data wycieczki: 8 grudnia 2024 roku
Statystyki wycieczki: 28 km, 1750 metrów różnicy wysokości
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.




Mapa wycieczki
Bibliografia
- Nyka J., Nyczanka M, Tatry Polskie, wydanie XXII, Latchorzew 2020


3 thoughts on “Raczkowa Czuba zimą (+ grań z Jarząbczego Wierchu do Wołowca)”