Jakoś tak już jest, że wraz z rozwojem górskiej pasji chcemy piąć się wyżej i wyżej – być jak najwyżej nieba, ujarzmiać wieczne lody i łamać granice własnej wytrzymałości. Nic więc dziwnego, że również i w mojej głowie pewnego dnia pojawiło się marzenie o przekroczeniu kolejnej granicy milowej – 4 000 m n.p.m. Z początku luźna myśl szybko stała się asumptem do podjęcia konkretnych działań. Zimą uczestniczyliśmy w kursie lodowcowym, prowadzonym przez legendarnego himalaistę – Janusza Gołębia. W przeciągu następnych miesięcy kupiliśmy sporo brakującego sprzętu oraz ustaliliśmy termin i miejsce działania – koniec lipca, włoska strona masywu Monte Rosa. Na pierwszy ogień wybraliśmy Piramide Vincent (4 215 m n.p.m.), który wedle naszego rozeznania idealnie nadawał się na rozpoczęcie lodowcowej i wysokościowej przygody. Atak szczytowy poprowadziliśmy z obozowiska nieopodal schroniska Rifugio Mantova (ok. 3 500 m n.p.m.), po dwóch dniach zmagań aklimatyzacyjnych. Wierzchołek osiągnęliśmy po ok. 3 godzinach podejścia, stając się chwilowo najszczęśliwszymi ludźmi w całym masywie Monte Rosa. Zapraszam na szczegółową relację ze zdobycia Piramide Vincent!
Piramide Vincent – atak szczytowy. Podsumowanie.
Przebieg: obozowisko przy Rifugio Mantova – lodowiec Ghiacciaio del Lys – Piramide Vincent i z powrotem
Dystans:
5,55 km
Suma podejść:
↑ 740 m
Czas przejścia:
5 h
Trudność:
F+
Data wycieczki:
28 lipca 2026
Start: obozowisko nad schroniskiem Rifugio Mantova, współrzędne: 45.8956811N, 7.8486850E, wysokość: ok. 3 500 m n.p.m.
Piramide Vincent – informacje praktyczne
- Piramide Vincent (4 215 m n.p.m.) leży we włoskiej części masywu Monte Rosa, będącego częścią Alp Pennińskich.
- Góra uchodzi za jeden z najłatwiej dostępnych czterotysięczników w Alpach (trudność F+ w skali alpejskiej). Droga normalna wymaga stromego podejścia po lodowcowym zboczu (nachylenie sięga 35 stopni), ale nie zawiera w sobie żadnych elementów wspinaczkowych.
- Najpopularniejszą bazą wypadową dla wycieczek na Piramide Vincent jest schronisko Capanna Giovanni Gnifetti, znajdujące się na wysokości 3 647 m n.p.m. Obiekt położony jest na samym skraju lodowca. Drugą z wiodących opcji jest pobliskie schronisko Rifugio Mantova, położone na wysokości 3 457 m n.p.m. Oba obiekty cieszą się dużym zainteresowaniem turystów, co pociąga za sobą konieczność rezerwowania miejscówek z przynajmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Ceny są jednolite: 85 euro za nocleg ze śniadaniem, 105 euro za nocleg z pełnym wyżywieniem [2026].
- Jeżeli podobnie jak mnie, Ciebie również przeraża wizja kupowania noclegów za prawie 100 euro, już spieszę ze wskazaniem znacznie tańszej alternatywy ;). Na kamienistym zboczu pomiędzy schroniskiem Mantova a skrajem lodowca znajduje się sporej wielkości przestrzeń, na której zupełnie za darmo można przespać się we własnym namiocie. Wystarczy zająć sobie jeden z kilkunastu kamiennych kręgów, doskonale przygotowanych pod ten rodzaju turystyki ;). Pomimo że masyw Monte Rosa odwiedziliśmy u szczytu sezonu, wolnych miejscówek było aż nadto – do wyboru, do koloru. My skorzystaliśmy właśnie z tej opcji noclegu i, pomimo umiarkowanej wygody, przysięgam, że nie zamieniłbym jej na żadną inną.
- Ze względu na konieczność aklimatyzacji oraz wchodzenia na lodowiec bardzo wcześnie rano, na zdobycie Piramide Vincent należy poświęcić przynajmniej dwa dni. Zdecydowana większość turystów rozpoczyna trekking dopiero przy stacji górnej kolejki ze Staffal. Podróż rozłożona jest na trzy etapy i umożliwia wyjazd na wysokość aż 3 250 m n.p.m. Dojście do schroniska Mantova zajmuje ok. 40 minut, Gnifetti – ok. godziny. Ok, i to jest ta łatwiejsza opcja. Można też oczywiście, tak jak my, podchodzić klasycznie, szlakami wiodącymi prosto z doliny. Aklimatyzację rozłożyliśmy na dwa dni, a po szczegółową relację z tego trekkingu odsyłam do dedykowanego wpisu.
Pobudka! Czas ruszać na lodowiec!
Jest godzina 4:00, gdy budzik wyrywa nas z płytkiego, czujnego snu. Powoli wysuwam się ze śpiwora i otępiałym wzrokiem spoglądam na tarcze zegarka. Rany, przecież jest jeszcze noc… Świetne sobie wybrałem to hobby… Jakkolwiek trudne nie byłoby to nocne wstawanie, cała nasza trójka doskonale zdaje sobie sprawę, po co tutaj przyjechaliśmy i jakie są nasze cele. Szykujemy się więc sprawnie i bez narzekania. Czuję się dobrze. Co prawda w nocy zmagałem się z silnym bólem głowy, ale mój problem szczęśliwie rozwiązała pojedyncza dawka ibuprofenu. Co jednak szczególnie istotne, pomimo wczorajszych kłopotów aklimatyzacyjnych, również pozostała część ekipy czuje się w porządku. Na atak szczytowy wybieramy się więc w komplecie!
Poranna krzątanina zajmuje nam kilkadziesiąt minut. Martyna przygotowuje polowe śniadanie, a ja lecę do schroniska założyć soczewki kontaktowe i uzupełnić nasz zapas wody. Kranówka w Mantovej pochodzi prosto z lodowca i nie jest zdatna do picia, toteż przed spożyciem uzdatniamy ją specjalnymi tabletkami.
Mniej więcej o godzinie 4:30 z Mantovej ruszają pierwsze zespoły. Muszę przyznać, że sceneria jest naprawdę magiczna: powoli świtający dzień, ciemne zarysy gór i rząd zapalonych czołówek, przesuwający się miarowo po kamienistym zboczu. Również i my opuszczamy nasze obozowisko (ok. 3 450 m n.p.m.) jeszcze przed godziną 5, dołączając do coraz liczniejszego sznurka wędrujących światełek. Już w kilkanaście minut później docieramy do skraju lodowca (ok. 3 550 m n.p.m.), gdzie zakładamy uprzęże i starannie wiążemy się liną.



Pierwsze kroki na lodowcu
Zarówno na początkowym podejściu, jak i na skraju lodowca przebywamy w towarzystwie dziesiątek innych zespołów. Zazwyczaj tłumy w górach mnie mierzą, ale akurat dzisiaj całkowicie mi to nie przeszkadza. Ponieważ będzie to mój pierwszy raz na tak dużym lodowcu, nawet się cieszę, że będziemy mieli wokoło sporo innych, zapewne bardziej doświadczonych zespołów. Zawsze to bezpieczniej, prawda?
Lodowcową część podejścia rozpoczynamy o godzinie 5:30. Pierwsze metry przewyższenia mijają nam umiarkowanie stromym zboczu, które forsowaliśmy zresztą już wczoraj, przy okazji odwiedzin w pobliskim schronisku Giovanni Gnifetti. Na tych wysokościach, lód z rana przybiera formę twardego, zwartego betonu, aby już w godzinach wczesnopopołudniowych przeistoczyć się w rozchlapaną, płynącą breję. Poprawny kierunek marszu wyznacza ubita ścieżka oraz rząd kilkudziesięciu, prących do góry zespołów. Tempo trzymamy raczej ostrożne – zamierzamy zdobywać wysokość możliwie powoli, nie chcąc wystawiać na próbę niepewnej jeszcze aklimatyzacji.
W kilka chwil po chwil po godzinie 6:00 niebo za nami zaczyna mienić się przepiękną, różową łuną. Nad masywem Monte Rosa wstaje słońce, oświetlając swoim blaskiem niezliczoną ilość kamiennych wierzchołków, głębokich dolin i bielutkich lodowców. W tym momencie powoli zaczyna do mnie docierać, że to wszystko dzieje się naprawdę. W otoczeniu przepięknych widoków i ważnych dla mnie ludzi, przemierzam majestatyczny, alpejski lodowiec. Spełniam marzenia, realizuje cele, wchodzę na wyższy poziom górskiej pasji i odkrywam świat, który jeszcze niedawno wydawał mi się całkiem niedostępny. Wierzcie lub nie, ale całkiem nie przesadzam – tak wzniosłe, przepiękne myśli towarzyszy mi właściwie przez cały czas podejścia.




Wędrówka ku rozwidleniu lodowcowych dróg
Pierwszy etap lodowcowego podejścia zasadza się na zbliżeniu do ściany Piramide Vincenta, a następnie obejściu jej od lewej strony. Na wysokości ok. 3 700 m n.p.m. nachylenie istotnie rośnie, zmuszając nasze organizmy do pracy na znacznie większej intensywności. Przede wszystkim jednak, pomiędzy 3700 a 3900 m n.p.m. lodowiec ulega istotnemu załamaniu, prezentując całą masę różnej wielkości szczelin. Nie ma więc czegoś takiego jak jeden, stały wariant szlaku na Piramide Vincent. „Poprawna” ścieżka zmienia się w każdym sezonie, w zależności od aktualnego ułożenia systemu szczelin.
Wiem, wiem – na papierze brzmi to mało zachęcająco. W praktyce zarówno poprawna nawigacja, jak i obranie najbardziej optymalnego wariantu przejścia nie stanowią większego problemu. Monte Rosa jest bowiem masywem bardzo popularnym, a na lodowcu funkcjonują bardzo wyraźne, wydeptane „ścieżki”. Przede wszystkim jednak, właściwy kierunek marszu wyznacza istny korowód innych zespołów. W tych warunkach każde miejsce, gdzie należy obejść szczelinę albo przekroczyć niewielki mostek śnieżny wydaje się dosyć oczywiste. Z takich to powodów, włoska strona masywu Monte Rosa wydaje mi się idealnym miejscem na relatywnie bezpiecznie oswojenie się z dużymi lodowcami oraz znacznymi wysokościami.





Poza monumentalnymi krawędziami szczelin, naszą uwagę absorbują masywne sylwetki pobliskich wierzchołków. Z prawej strony króluje zwalisty Piramide Vincent, z lewej – ostre zbocze szczytu Liskamm. Patrząc na te potężne masy skał i wiecznego lodu, czuję specyficzną mieszankę zachwytu, niepokoju i pokory wobec pierwotnych sił natury.
Na wysokości ok. 3 970 m n.p.m. lodowcowe warianty ulegają rozgałęzieniu. Większość zespołów kontynuuje prosto, zmierzając w kierunku przełęczy Colle del Lys (4 255 m n.p.m.) na włosko-szwajcarskiej granicy. Mogę tylko podejrzewać, że większość z nich szła dalej – na Ludwigshöhe (4 342 m n.p.m.), Parrotspitze (4 434 m n.p.m.), Zumsteinspitze (4 563 m n.p.m.) bądź Signalkuppe z Margherita Hut, najwyżej położonym schroniskiem w Europie (4 554 m n.p.m.). My zaś odbijamy w prawo, rozpoczynając ostatni etap podejścia na Piramide Vincent.


Ostatni akord podejścia na Piramide Vincent
Po minięciu rozgałęzienia, kontynuujemy miarowe podejście lodowcowym zboczem. Na tym odcinku może i nie ma już żadnych szczelin, ale za to nachylenie jest jeszcze większe niż na wcześniejszych etapach wycieczki. Niezrażeni pniemy jednak w górę, stopniowo mijając kolejne kamienie milowe – 4 000 m n.p.m., 4 050 m n.p.m., 4 100 m n.p.m… Nie ma co ukrywać – podejście jest trudne. Na tej wysokości każdy krok kosztuje nas nieporównywalnie więcej wysiłku niż w czasie naszych „normalnych” wędrówek. Choć po górach chodzę regularnie i dosyć intensywnie trenuje bieganie, po przekroczeniu 4 000 m n.p.m. czuję się jak gdybym dopiero wstał z kanapy po wielu latach bezproduktywnego wylegiwania.
Na tym etapie podejścia oglądamy przede wszystkim zwalistą kopułę Piramide Vincenta, przysłaniającą teraz sporą część krajobrazu. Po lewej stronie dostrzegamy natomiast dwie skalne wyspy, śmiało wynurzające się znad lodowcowego morza. Pierwsza nich to Balmenhorn (4 167 m n.p.m.) z doskonale widoczną, bardzo charakterystyczną 4-metrową statuą Chrystusa (ustawioną w 1955 roku). Ze względu na niewielką wybitność, UIAA nie zalicza kulminacji do głównego zestawienia alpejskich czterotysięczników. Balmenhorn znajduje się jednak na liście dodatkowej. Ostatni etap skalny wymaga pokonania trudności technicznych, a zaraz pod szczytem znajduje się 6-osobowy schron turystyczny – Bivouac Felice Giordano. Drugą ze skalnych wysp jest Corno Nero (4 322 m n.p.m.), znacznie potężniejszy, „pełnoprawny” czterotysięcznik.




Szczyt Piramide Vincent (4 215 m n.p.m.)
Szczyt Piramide Vincent (4 215 m n.p.m.) ostatecznie zdobywamy na kilka minut przed godziną 8. Oznacza to, że cały atak szczytowy zajął nam około trzech godzin (a to przecież raptem 700 metrów różnicy wysokości!). Przez dłuższą chwilę cykamy zdjęcia, uzupełniamy płyny i, po prostu, napawamy się radością. Zdobycie Piramide Vincent daje nam mnóstwo ulgi, satysfakcji i trudnej do opisania, przepięknej euforii. Na samym szczycie po moich policzkach popłynęły łzy, a sam moment stanięcia na wierzchołku zapisał się w głowie jak jedna z najwspanialszych chwil w moim życiu. Warto spełniać marzenia ;).



Panorama z Piramide Vincent obejmuje monumentalny widok na potężne cielsko lodowca Ghiacciaio del Lys oraz na górujące nad nim szczyty: ostry, majestatyczny Lyskamm (4 527 m n.p.m.), strzeliste Corno Nero (4 321 m n.p.m.) i Ludwigshöhe (4 341 m n.p.m.) oraz zwalisty Parrotspitze (4 434 m n.p.m.). Ponad Parrospitze widzimy cel na jutro – Zumsteinspitze (4 563 m n.p.m.), a nawet zarysy najwyższego w masywie Dufourspitze (4 634 m n.p.m.). Po prawo od Lyskamma materializuje się niesamowita, skalna piramida Weisshornu (4 505 m n.p.m.), a po prawej – m.in. Castor (4 228 m n.p.m.), Combin de Grafeneire (4 314 m n.p.m.) i wielki Mont Blanc (4 806 m n.p.m.). Nieco dalej widzialne jest jeszcze Gran Paradiso (4 061 m n.p.m.) oraz mrowie trzytysięczników, układających się w długie, fantazyjne grzbiety. Co tu dużo mówić – panorama jest niesamowita.




Zejście z Piramide Vincent
Po kilkunastu minutach napawania się sukcesem, ruszamy w drogę powrotną. Schodzimy w taki sam sposób, w jaki żeśmy tutaj weszli. O ile wejście było trudne, tak powrót idzie nam bardzo sprawnie. Szybko tracimy wysokość i już przed godziną 10 meldujemy się na skraju lodowca (czyli jeszcze przed okresem dnia, w którym wszystko zaczyna tu płynąć). W przeciągu następnych kilkunastu minut docieramy na kamieniste zbocze, chowamy sprzęt do plecaków oraz wracamy do naszego obozowiska. Z ulgą i nostalgią wpatrujemy się w czarno-białą sylwetkę Piramide Vincenta. Udało się… naprawdę na tobie byliśmy ;).
Poza premierowym wyjściem na wysokość ponad 4 000 m n.p.m., Piramide Vincent dał nam jeszcze jedno, nowe doświadczenie. Mianowicie, po raz pierwszy w życiu akcje górską ukończyliśmy już o godzinie 10. I co tu robić przez całą resztę tego pięknego dnia? ;). Przez pewien czas błogo leżymy na kamieniach, odpoczywając po całej akcji i ciesząc się ciepłymi promieniami silnego, włoskiego słońca.






Popołudnie w masywie Monte Rosa
Ponieważ prognozy pogody na następny dzień (środę) uległy znaczącej poprawie, szybko postanawiamy, że w masywie Monte Rosa zostaniemy jeszcze do jutra. Pewnym problemem pozostają tylko zapasy prowiantu, które tak na dobrą sprawę, właściwie już nie istnieją. Ponieważ cały czas mamy przed sobą sporo wolnego dnia, postanawiamy, że jeden z nas zjedzie do Staffal kolejką, a następnie powróci do obozowiska ze świeżą dostawą pokarmu. Pomysł wydaje nam się o tyle rozsądny, że nawet bilet łączony (zjazd i wyjazd) wychodzi znacznie taniej niż wyżywienie w schronisku dla trzech osób.
Pierwsze komplikacje pojawiają się, gdy wychodzi na jaw, że pracownicy kolejki również mają siestę. Popołudniowe wznowienie działalności polega natomiast na tym, że najpierw startuje dolny wyciąg, a dopiero później drugi i trzeci. Cóż… dla nas jest to dosyć niekorzystne. Rozumiemy logikę, ale lepiej jakby wszystkie ruszyły w jednym momencie. Podobnie jest z zamykaniem – górne etapy zamykają się wcześniej, dolny najpóźniej. Podsumowując cały wywód – z rozkładu wynika, że osoba, która zdecyduje się zjechać (na ochotnika zgłosiłem się ja), będzie miała na dole bardzo mało czasu.

Mimo pewnych wątpliwości, wczesnym popołudniem ruszamy z naszego obozowiska do stacji górnej kolejki linowej. Wyprawa jest całkiem interesująca, a to dlatego, że szlak okazuje się obfitować w rozmaite elementy skalne, ubezpieczone masywnymi poręczówkami. Bezpośrednio przed budynkiem stacji, musimy natomiast przejść przez skraj mocno wytopionego lodowca Ghiacciaio di Indren (nad którym góruje szczyt Punta Giordani 4 046 m n.p.m.).
W budynku stacji spotykamy sporo osób, oczekujących na wznowienie pracy kolejki oraz żadnej kasy. No cóż, w sumie mogliśmy się tego spodziewać… Przy okazji próby kupienia biletu przez Internet (zasięg jest wyjątkowo kiepski!) w naszych głowach świta kolejna wątpliwość. Czy jest możliwe, aby na dziennym bilecie zjechać oraz wjechać? Czy to nie działa tylko w drugą stronę? Pracownik kolejki nie zna odpowiedzi na nasze pytanie, dzwoni do koleżanki na dole. Po dłuższym czasie zastanawiania się i upewniania u kogoś jeszcze, uzyskujemy odpowiedź twierdzącą. Pracownica ostrzega nas jednak przez telefon, że kolejki jeżdżą grubo ponad godzinę i jeśli teraz zjedziemy, możemy mieć problem, aby później znowu dostać się do góry.


Ostatecznie postanawiamy nie ryzykować. Odwracamy się na pięcie i z powrotem przechodzimy przez Ghiacciaio di Indren. Idziemy teraz spokojniejszym, mniej wspinaczkowym wariantem, prowadzącym bezpośrednio do Mantovej. Rzutem na taśmę – o 14:58 – zamawiam gnocchi, takie samo jak wczoraj. Pracownica patrzy na mnie koso (kuchnia jest do 15:00), ale odbiera podane jej 17 euro. Zamówienia złożonego zaraz po mnie – o 15:02 już nie przyjęła ;). Poza tym, bierzemy jeszcze po dwa panini – na dzisiaj na kolację i na jutro. Kosztuje to sporo, ale z drugiej strony – jak często stołujemy się na wysokości ponad 3 000 m n.p.m.?
Dzień kończymy w obozowisku, patrząc na masywną ścianę Piramide Vincent. Jak tu przepięknie ;). A jutro? Jutro nie dość, że wracamy na lodowiec to jeszcze idziemy znacznie wyżej ;). Kliknij tutaj, aby poczytać o wyprawie na Zumsteinspitze oraz Signalkuppe z najwyższym budynkiem Europy – Margherita Hut.
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.

