Pilsko (1 557 m n.p.m.), drugi co do wysokości szczyt Beskidu Żywieckiego, nie bez kozery nazywany jest górą narciarzy. Na jego północno-wschodnich zboczach znajduje się bowiem jeden z największych ośrodków narciarskich w Beskidach, zbudowany na przełomie lat 80′ i 90′ XX wieku. Z biegiem czasu, obok narciarstwa zjazdowego na Pilsku zaczął upowszechniać się również skituring. Jest to bowiem jedna z nielicznych gór w regionie, która obok długiego podejścia oferuje również możliwość płynnego, satysfakcjonującego zjazdu z samego szczytu aż do jego podnóży.
Jako że główną cechą skituringu jest pewna doza wolności i niezależności, istnieje bardzo wiele wariantów podejścia na Pilsko. Podczas naszej wycieczki wybraliśmy jeden z popularniejszych, zakładający wędrówkę przez kulminację Byk (846 m n.p.m.). Poruszając się północno-wschodnimi stokami Pilska, dotarliśmy do czerwonego szlaku, prowadzącego do Hali Miziowej. Zjeżdżaliśmy natomiast szlakiem zielonym, korzystając z infrastruktury nieczynnego wówczas kompleksu narciarskiego. Zapraszam na relację!
Spis treści
- Wiosenny atak zimy!
- Podejście przez Byka
- Wędrówka czerwonym szlakiem
- Na szczyt we mgle
- Zjazd do Hali Miziowej
- Zjazd zielonym szlakiem do Korbielowa
- Mapa wycieczki
Wiosenny atak zimy!
Marzec chylił się już ku końcowi, gdy całą zachodnią częścią Karpat wstrząsnął atak zimy z imponującą dawką świeżego śniegu. Biały puch na powrót pokrył setki małopolskich wsi, a parę dni później w Tatrach ogłoszono lawinową czwórkę. W takich oto okolicznościach decydujemy się na powrót wypożyczyć narty skiturowe. Będzie to nasze drugie zderzenie z tym sportem. Za pierwszym razem byliśmy w styczniu na Turbaczu. Śniegu było wtedy jak na lekarstwo, toteż jeździliśmy w dużej mierze po ziemi i kamieniach. Patrząc na dane o ostatnich opadach, tym razem brak puchu nam jednak nie grozi…
Około godziny 8 zajeżdżamy na parking przy dolnej stacji wyciągu Kamienna-Solisko w Korbielowie (współrzędne: 49.5590122N, 19.3482661E, wysokość: ok. 700 m n.p.m.). Śniegu faktycznie jest sporo, a poza nami do wymarszu przygotowuje się też kilku innych skiturowców. Moja ekscytacja rośnie. Czuję, że to może być fantastyczny wypad!
Podejście przez Byka
Śniegu jest na tyle dużo, że sprzęt skiturowy przywdziewamy zaraz obok parkingu. W drogę ruszamy wyraźnie wyjeżdżonym śladem, odchodzącym w lewo (na wschód) od asfaltowej szosy. Podchodzimy wśród gęstej mgły i uginających się od śniegu świerków. Nie ma to tamto, zima w pełni! Po kilku minutach kontrolnie sprawdzamy swoje położenie na GPS. Wszystko się zgadza, jesteśmy na wariancie przez Byka!

Nie ukrywam, że możliwość podążania wyjeżdżonym, gotowym śladem bardzo ułatwia nam bieżącą nawigację. Już po około dwudziestu minutach przebijamy pierwsze 100 metrów różnicy wysokości, mijamy kulminację Byk (846 m n.p.m.) oraz położoną na jego zboczach polanę Barborzyna. Następnie z powrotem wchodzimy do lasu, kontynuując wędrówkę pośród wysokich drzew. Po kilku minutach nasz wariant przecina drogę pożarową 45 oraz prowadzi dalej w górę zbocza.
Po przecięciu drogi pożarowej czeka nas dłuższy odcinek podążania w tym samym kierunku. Nachylenie terenu określiłbym jako najpierw umiarkowane, później dosyć łagodne. Ścieżka nie prowadzi bowiem bezpośrednio grzbietem, a raczej stopniowo go trawersuje. Co kilkanaście minut mijamy kolejne odbicia w prawo, dobitnie przekonując się, że na Halę Miziową można dojść na dziesiątki różnych sposobów. My jednak uparcie trzymamy się naszej ścieżki, podchodząc nią na wysokość ok. 1 150 m n.p.m.




Wędrówka czerwonym szlakiem
Sygnałem do zmian jest dopiero charakterystyczny znak, informujący o granicy rezerwatu przyrody „Pilsko”. Jak głosi wyraźna strzałka na śniegu, w tym miejscu należy zboczyć z obranego wariantu i na moment wejść w nieco bardziej stromy i zarośnięty teren. Już po kilku minutach trudniejszego podejścia (przekonuje się, że ciężko w nartach skiturowych przekroczyć zwaloną kłodę!) dobijamy do szlaku czerwonego, fragmentu Głównego Szlaku Beskidzkiego.


Szlak czerwony na tym odcinku trawersuje zbocze w kierunku zachodnim, przez co również jest dosyć łagodny. W pewną konsternację wpadamy jednak na wysokości ok. 1 220 m n.p.m. Szlak prowadzi bowiem mocno w dół, natomiast w lewo odchodzi inny, wyjeżdżony wariant, wiodący bezpośrednio w górę grzbietu. Wydaje mi się on o tyle kuszący, że umożliwiałby nietracenie zdobytej już wysokości. Szybki rzut oka na mapę i okazuje się, że wariant ten pomija Hale Miziową, stanowiąc skrót na żółty szlak. Ponieważ naszym zamiarem jest zatrzymanie się w schronisku oraz podejście na szczyt szlakiem czarnym, opcja nie jawi się dla nas jako specjalnie atrakcyjna.
Czerwonym szlakiem zjeżdżamy na wysokość ok. 1 200 m n.p.m. Następnie przez kilka chwil idziemy jeszcze lasem, ale już zaraz potem wychodzimy na otwarty teren – na fragment trasy narciarskiej z Hali Miziowej na Halę Szczawiny. Wyciągi są już wprawdzie nieczynne, ale i tak trzeba być tu bardzo czujnym. Mgła jest bowiem na tyle gęsta, że gdyby ktoś zjeżdżał z góry, zobaczyłbym go dosłownie w ostatnim momencie. Podejścia nie ułatwia też sakramenckie nachylenie terenu. Idziemy więc zakosami, mozolnie nabywając kolejne metry wysokości i osiągając w końcu wysokość schroniska (ok. 1 270 m n.p.m.).


Schronisko PTTK na Hali Miziowej zdominowane jest dzisiaj przez narciarzy (no bo faktycznie – aura całkowicie nie sprzyja trekkingowemu odkrywaniu Beskidów). Siadamy przy jednym ze stolików oraz przystępujemy do pochłaniania drugiego śniadania. Podejście z parkingu do schroniska zajęło nam 2,5 godziny. Jako że skitury mamy na nogach drugi raz w życiu, czas oceniamy więc na przyzwoity.
Hala Miziowa oraz znajdujące się na niej schronisko jest jednym z najpopularniejszych i najbardziej ikonicznych miejsc w polskich Beskidach. Opisem tego pięknego skrawka Żywiecczyzny zająłem się już szczegółowo w moim artykule o trekkingowym zdobywaniu Pilska. Ponieważ w tym wpisie skupiam się na narciarskich aspektach tej góry, zwracam uwagę, że schronisko znajduje się niejako w centrum kompleksu Pilsko Jontek. Dojechać tu można dwoma etapami: dwuosobową kanapą z polany Strugi oraz również dwuosobowym orczykiem z Hali Szczawiny. Jeszcze wyżej prowadzi kolejny orczyk – na Kopiec (1 402 m n.p.m.). Trasy na Pilsku są naprawdę fajne, ale stan infrastruktury to już osobny temat. Należę do sporego grona osób, które uważają, że Korbielów ma papiery na zostanie najlepszym ośrodkiem narciarskim w Polsce, a potężny potencjał tego miejsca jest po prostu marnowany.


Na szczyt we mgle
Po kilkudziesięciominutowej przerwie w schronisku, kontynuujemy wycieczkę na szczyt Pilska. Do góry zmierzamy czarnym szlakiem turystycznym, wiodącym wzdłuż trasy narciarskiej. Nachylenie terenu jest tu znaczne, a mgła w dalszym ciągu zawęża widoczność do absolutnego minimum. W odróżnieniu od poprzednich odcinków, tym razem podchodzimy w dużej grupie innych skiturowców. Spora ilość narciarzy oraz dobrze widoczny ślad powodują, że nawet w bardzo mglistych warunkach nawigacja jest na ten moment całkiem prosta.
W taki oto sposób dochodzimy do stacji górnej wyciągu z Hali Miziowej na Kopiec, gdzie skręcamy w lewo. Idziemy teraz wzdłuż granicy państwowej, fragmentem dawnej trasy narciarskiej (rozpoczynającej się przy stacji górnej nieczynnego już wyciągu Hala Miziowa-Pilsko). Wkrótce szlak czarny łączy się ze szlakiem żółtym, a my rozpoczynamy ostatnie akcenty podejścia. Latem podchodzi się tu między bujną kosodrzewiną, ale po ostatnich opadach sosenki zostały niemal całkowicie przysłonięte białą pierzynką. Niesamowite… przez parę dni napadało tyle śniegu, co przez ostatnie 2 miesiące.

W ten oto sposób docieramy do granicznej kulminacji Góry Pięciu Kopców (1 534 m n.p.m.). Sporo osób zdejmuje tu już foki, ale my chcemy dopełnić dzieła i symbolicznie zdobyć główny wierzchołek. Wchodzimy więc na teren Republiki Słowacji i szusujemy po charakterystycznej, wypłaszczonej kopule Pilska. W myślach błogosławię osobę, która założyła tutaj ślad, bo w obecnych warunkach ryzyko pobłądzenia oceniam jako znaczne. Mgła totalna, kosówka przysypana – jest więc całkowicie biało. Ma to jednak moim zdaniem swój niezaprzeczalny urok.
Na szczyt Pilska (1 557 m n.p.m.) docieramy na kilka minut przed godziną 12. Oznacza to, że podejście z parkingu zajęło nam ok. 3,5 godziny.


Zjazd do Hali Miziowej
Krótka przerwa na szczycie i ruszamy w drogę powrotną. Ze względu na niewielkie nachylenie terenu, do Góry Pięciu Kopców schodzimy jeszcze na fokach. Na granicy zmieniamy ustawienie nart i rozpoczynamy uważny zjazd. Mokry, nieubity śnieg może i nie staje się naszym najlepszym przyjacielem, ale radzimy sobie całkiem dobrze. Realnym problemem są tylko… nasze nogi, które zaczynają boleć już po kilku zamaszystych skrętach. Początkowo myślę, że tylko ja taki słaby, ale szczęśliwie zarówno Martyna, jak i Jaromir skarżą się na podobne objawy :D. Kontynuujemy więc zjazd z nieco większą dawką wyrozumiałości, pozwalając sobie czasem przystanąć i odpocząć.


Zjeżdżanie „w terenie” to coś zupełnie innego niż jazda po ściśle wytyczonym, wyratrakowanym stoku. Niemniej jednak, z każdym kolejnym ruchem czuję się coraz pewniej, a aktywność ta daje mi masę satysfakcji. W pewnym momencie oddalam się nawet od towarzyszy, samotnie dojeżdżając do stacji górnej wyciągu na Kopiec. W tym miejscu powinienem odbić w prawo – na trasą narciarską. Ja jadę jednak prosto – po przecince, wzdłuż linii wyciągu. Błąd nie ma jednak większych konsekwencji, ponieważ obie wersje sprowadzają do Hali Miziowej. W trakcie jazdy orientuję się zresztą, że już tu kiedyś byłem – na zwyczajnych nartach. Chciałem wówczas spróbować czegoś innego i zamiast zwyczajną trasą, pojechałem tą „ścinką”. Zarówno wtedy, jak i teraz, trochę się z tym wariantem umordowałem. Ostatecznie zjeżdżam dosyć płynnie, trafiając na rozległe wypłaszczenie.
Kolejne minuty przyniosły chwilę nerwowej konsternacji. Zauważam bowiem drewniany budynek sezonowego fastfooda, GPS lokuje mnie na Hali Miziowej, ale… nie widzę schroniska. Przez kilkanaście minut błąkam się we mgle, nie mogąc ustalić odpowiedniego kierunku. Po jakimś czasie słyszę jednak ludzkie głosy i podążam w ich kierunku. Kilkadziesiąt sekund później we mgle wyłania się bryła schroniska PTTK na Hali Miziowej… Niesamowite… Byłem tak blisko, a nic nie widziałem. Mgła to jednak podstępny przeciwnik! W schronisku posilam się pomidorówką oraz dołączam do Martyny i Jaromira, którzy, dla odmiany, zjechali poprawnym wariantem. Po analizie dostępnych opcji, decydujemy się na zjazd nartostradą, biegnącą wraz ze szlakiem zielonym. Rozważaną alternatywą był też wąski trakt na Polanę Strugi, ale to co wybraliśmy wydaje nam się o wiele ciekawsze.

Zjazd zielonym szlakiem do Korbielowa
Początek zjazdu szlakiem zielonym wiedzie ścieżką pomiędzy drzewami (z małym wyjątkiem na przejazd przez Halę Kamieniańską). Ścieżka cechuje się przyzwoitą szerokością oraz nieprzesadnym (ale stałym) nachyleniem terenu, dzięki czemu powrót mija nam płynnie, przyjemnie i komfortowo. Na wysokości ok. 1 100 m n.p.m. szlak zielony odchodzi od żółtego, wiodąc dalej leśną drogą gruntową. Na tym etapie musimy zmierzyć się z dwoma, dodatkowymi podejściami. Pierwsze z nich znajduje się w pobliżu tzw. zakrętu Stanisławowskiego, zaraz po minięciu linii starego wyciągu dziecięcego. Drugie podejście wiedzie natomiast na szczyt Szlakówka (1 098 m n.p.m.), na którym stoi stacja górna kolejki krzesełkowej Jontek-Buczynka. Tego ostatniego można zresztą uniknąć, skręcając za znakami zielonymi w prawo. Na podejście decyduje się tylko dlatego, że wymyśliłem sobie przejechać całą trasę narciarską ze Szlakówki – z góry na dół.


Dalej już wielkiej filozofii nie ma, a my zjeżdżamy trasami narciarskimi kompleksu Pilsko-Jontek. Nawiasem mówiąc, władze tego ośrodka zabronili skiturowcom korzystania z ich infrastruktury, twierdząc, że narciarze ci rodzą niebezpieczeństwo i rozjeżdżają ratrakowane trasy jeszcze przed godziną otwarcia obiektu (komunikat z 17 stycznia 2026 roku). Końcem marca ośrodek jest już jednak nieczynny, toteż naszym zjazdem nie godzimy w żadne, lokalne reguły. Szusowanie po mokrym, nieubitym śniegu jest w dużej mierze obijaniem się po muldach, niemniej jednak momentami udaje mi się zaliczyć nieco bardziej płynne fragmenty.


W ten oto sposób, docieramy najpierw do stacji dolnej kolei krzesełkowej Jontek-Buczynka, a następnie kolei Kamienna-Solisko. Na parking zjeżdżamy kilka minut po 14, co oznacza że droga powrotna zajmuje nam około dwóch godzin. Biorąc pod uwagę konieczność przygotowania nart do zjazdu, moje zabłądzenie oraz wszamanie pomidorówki w schronisku, drogę powrotną oceniamy jako bardzo sprawną. Nie ukrywam, że wycieczka sprawia nam sporo radości i satysfakcji. W kontekście skiturów, marzyło nam się przecież posmakowanie tego mozolnego podejścia, zwieńczonego długim, przygodowym zjazdem. Za pierwszym razem nam się to nie udało, ale za drugim dostaliśmy wszystko, czego chcieliśmy. Udowodniliśmy też, że jeśli ma się ciekawy pomysł, nawet taki parszywy, mglisty dzień można w górach spędzić naprawdę wspaniale!
Data wycieczki: 29 marca 2026 roku
Statystyki wycieczki: 12 km; 885 metrów różnicy wysokości
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.
