Ushguli to miejscowość w samym sercu Górnej Swanetii. Bardzo podziwiam lud żyjący tutaj setki lat temu, bez kontaktu z resztą świata, w surowych warunkach, przez pół roku przykryty grubą warstwą śniegu. Jako że Ushguli jest w gruncie rzeczy najważniejszym miasteczkiem, jakie przyszło nam odwiedzić podczas naszej gruzińskiej przygody, postanawiamy, że spędzimy tutaj dwie noce. A ponieważ siedzenie w miejscu nie jest naszą mocną stroną to należałoby znaleźć sobie jakąś traskę, co nie? Ponieważ znakowanych szlaków jest tu bardzo niewiele, wybór pada na jedną z zaznaczonych na mapie ścieżek. Naszym celem stał się szczyt Chubedishi (3 015 m n.p.m.). Zapraszam serdecznie na opis czwartego dnia naszej backapingowej podróży po Swanetii!
Najważniejsze informacje
- Ushguli to osada położona u stóp najwyższego szczytu Gruzji – Shkhara (5193 m n.p.m.). Zlokalizowana jest na wysokości 2100-2200 m n.p.m., więc niektórzy uznają ją za najwyżej położoną zamieszkaną osadę w Europie.
- Ushguli jest obecnie miejscem bardzo popularnym wśród turystów. Znajduje się tu wiele restauracji i miejsc noclegowych. Dotrzeć tu można pieszo z Iprari lub Adishi, jak również samochodem po betonowej drodze.
- W Ushguli można wypożyczyć konia – do zwiedzania miasteczka bądź wyjazdu w teren – na lodowiec.
- Popularną atrakcją w Ushguli jest kino, które w sezonie letnim kilka razy dziennie prezentuje się film fabularny, ukazujący realia życia w Swaneti kilkadziesiąt lat temu. Do innych atrakcji należą swaneckie wieżyczki obronne oraz muzeum etnograficzne.
- Najpopularniejszą propozycją trekkingową z Usghuli jest 8-kilometrowy spacer pod lodowiec Shkhara. Co jednak bardziej istotne, przez miejscowość prowadzi długodystansowy szlak czerwony (wiodący z północy – od strony wioski Adishi, a zmierzający dalej na południe – ku szczytowi Mount Rama).
- Na szczyt Chubedishi (3015 m n.p.m.) nie wiedzie żaden oznakowany szlak, a jedynie wydeptana ścieżka. Przy dobrej widoczności jest to jednak wspaniały punkt widokowy na Ścianę Benzegi oraz lodowiec Shkhara.
Podejście na grzbiet Lamalialesgora
Dzień rozpoczynamy od skromnego śniadania w jednym z barów w Ushguli. Wybór pada na nieznany nam produkt, który okazuje się czymś na kształt kefiru lub maślanki. Do tego kupuję kilka gruzińskich ciasteczek (to w tym momencie zakochuję się w ciasteczku o nazwie kada) i jestem gotowa by ruszyć w drogę. Wybrana przez nas ścieżka odbija prosto od głównej drogi wiodącej przez Ushguli. Jest nieco wydeptana, ale chyba bardziej przez krowy niż ludzi.
Już od samego początku nie jest lekko. Ścieżka pnie się do góry bardzo stromo, zachodnim zboczem pasma Lamalialesgora (800 metrów różnicy wysokości na dystansie zaledwie 3 kilometrów), a poza tym nie jest też zbyt dobrze widoczna. Na samym początku przypadkiem tracimy właściwy kierunek odbijając za bardzo na prawo. Zorientowawszy się w sytuacji, musimy trawersować w lewą stronę po bardzo nieprzyjemnych zaroślach i dużym nachyleniu. Roślinność nie jest tutaj tak wysoka jak dzień wcześniej, ale ostro w kość dają nam nazbyt liczne owady.


Mozolnie zdobywamy kolejne metry przewyższenia. Zdecydowanie czuję nogi po wczorajszych wojażach. Szybko okazuje się jednak, że nie jest ze mną tak źle, bo po około 1,5 h osiągamy wysokość trzech tysięcy metrów. Teraz czeka nas długi trawers w kierunku Chubedishi.

Spacer grzbietem Lamalialiesgora
Dzień wcześniej sprawdzaliśmy prognozy pogody, więc nie zaskakują nas chmury przysłaniające najwyższe szczyty. Wieje wiatr, więc pięciotysięczniki to pokazują się, to chowają za białymi kłębami. Jest jednak coś czego nie wzięłam pod uwagę. Przez kilka ostatnich dni narzekać mogłam raczej na upał i wiecznie przepocone ubrania. Okazuje się jednak, że gdy tylko słońce schowa się za chmurami panuje tu niesamowity ziąb! Można byłoby się domyśleć, bo to w końcu wysokości ponad 3 000 m n.p.m., ale mój przegrzany gruzińskim słoneczkiem umysł nie zarejestrował tego faktu.
W efekcie, już po kilku minutach od wejścia na grzbiet jest mi przeraźliwie zimno. Myślę zresztą, że nawet podczas bezchmurnej pogody jest tu znacznie chłodniej niż na okolicznych graniach, gdyż niemal cały czas znajdujemy się w cieniu pobliskiej Ściany Benzegi. Mam co prawda w zanadrzu jedną bluzę termo, ale jest to dla mnie zdecydowanie niewystarczające. Oj, to będą trudne kilometry…

Sama grań jest bardzo szeroka i w zasadzie wygląda jak ogromna trawiasta łąka. Nie ma tu wydeptanej ścieżki, ale kierunek jest oczywisty, a teren równy, więc poruszanie i orientacja nie stanowią najmniejszego problemu. Widoki, mimo zachmurzenia, robią wrażenie, bo co i rusz zza białych kłębów wyłaniają się potężne szczyty. Nie jestem w stanie nazwać ich w takich warunkach (już przy idealnej widoczności sprawia mi to problem), ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia. Wszystkie są zaśnieżone, niesamowicie strome i monumentalne.


Spacer granią nie należy do bardzo łatwych, bo robimy tu niemałe przewyższenia. Wiele szczytów, które mijamy po drodze oznaczonych jest kopczykami, ale według mapy nie mają one nazw. Sama trasa jest warta uwagi nie ze względu na zdobywanie wierzchołków, ale właśnie dlatego, że stanowi wspaniały punkt obserwacyjny na Shkharę (5193 m n.p.m.) oraz lodowiec o tej samej nazwie. Już po kilkunastu minutach spaceru udaje nam się go dostrzec. Sam szczyt może być najwyższy w Gruzji, ale lodowiec Adishi, który widzieliśmy dzień wcześniej zrobił na mnie większe wrażenie. Jęzor Shkhary jest szary i wyraźnie poszkodowany silnymi gruzińskimi promieniami słońca.


Około godziny 10:00 docieramy na wierzchołek o wysokości około 3 050 m n.p.m., oznaczony kilkoma kopczykami. Spotykamy tutaj turystów ubranych w solidne kurtki z softshellu. Oj, jak ja im zazdroszczę! Z naszego obecnego puntu możemy dostrzec majaczący w oddali krzyż oznaczający wierzchołek Chubedishi. Nie podoba mi się to – jestem naprawdę przemarznięta. Moje morale drastycznie opadają i odległość pozostała do przejścia wydaje mi się bardzo mało zachęcająca. Widoki tego dnia pozwalają zrobić kilka fajnych ujęć z aparatu, a docelowy lodowiec już udało nam się dostrzec. Tak więc pod moją delikatną sugestią, postanawiamy w tym miejscu zawrócić i zejść do Ushguli tą samą drogą. Gdybyśmy zdecydowali się jednak kontynuować wędrówkę granią, prawdopodobnie moglibyśmy zejść ścieżką z Chubedishi nieopodal jęzora lodowca. Ponieważ ostatecznie tam jednak nie byłam, nie jestem pewna czy oznaczona na mapie ścieżka faktycznie istnieje.

Droga powrotna mija nam bardzo szybko. W momencie zejścia z grani szybko odzyskują komfortową termikę ciała, a wraz z nią również wysokie morale. Czas na zwiedzanie miasta i popołudniową wyprawę wzdłuż rzeki Enguri!
Zwiedzanie Ushguli
Docieramy do miasteczka, gdy zbliża się już godzina obiadowa, więc z przyjemnością zamawiamy ogromne chaczapuri po adżarsku. Nie jest to co prawda rodzimy region dla tego typu dania, ale będąc w Gruzji musiałam go przecież spróbować!

Po posiłku ruszamy na zwiedzanie miasteczka. Opiera się ono głównie na spacerowaniu pomiędzy średniowiecznymi wieżyczkami. Do jednej z nich udaje nam się wejść, a drewniane drabiny stanowiły dla mnie całkiem miłą atrakcję. Wioska jest urokliwa, ale poza spacerem nie ma tu wiele więcej do roboty. Podobno istnieje tu muzeum Ushguli, ale nieprzychylne opinie w Internecie odwiodły nas od pomysłu jego odwiedzenia.



Konno pod lodowiec Shkhara
Będąc w Ushguli, nie sposób pominąć trasy wzdłuż rzeki Enguri. Wypływa ona prosto z lodowca Shkhara. Przyznam jednak szczerze, że już od początku nie wyglądała dla mnie zachęcająco. Jest to szeroka szutrowa droga, pozbawiona widoków, a licząca sobie ponad 8 km. A ponieważ już od Adishi chodzi mi po głowie pomysł wynajęcia koni, decydujemy się, by właśnie tutaj go zrealizować.
Wynajęcie konia dla jednej osoby kosztuje nas 60 lari, a przewodnik 150 lari. Wycieczkę zarezerwowaliśmy przez WhatsApp, korzystając z numeru telefonu umieszczonego na jednym z wielu ogłoszeń w mieście. Punktualnie o 15:00 stawiamy się pod wskazany adres. Konie już na nas czekają. Jakież jednak było nasze zdziwienie, gdy nasz przewodnik okazuje się… dwunastoletnim chłopcem. Cóż mieliśmy zrobić, wymieniamy z Mateuszem spojrzenia i z uczuciem lekkiego stresu, połączonego z rozbawieniem ruszamy za przewodnikiem.


Szlak pod lodowiec Shkhara
Nasz przewodni może i jest dzieckiem, ale szybko zauważamy, że kieruje koniem niczym zawodowiec z amerykańskiego westernu. Ja, jako osoba, która kilka lat temu sporo konno jeździła, mogę natomiast powiedzieć, że konie w Gruzji są przyzwyczajone do dużo brutalniejszego traktowania niż u nas. Nikt tu raczej o technice czy delikatności nie myśli – konia należy mocno kopnąć lub silnie pociągnąć. Może to brzmieć jak znęcanie, ale muszę przyznać, że zwierzęta biegające na co dzień po tutejszych łąkach wyglądają na zadbane, najedzone i bardzo szczęśliwe.
Podróż w jedną stronę trwa około godziny. Cały czas poruszamy się szeroką drogą wzdłuż rzeki. Regularnie mijają nas samochody terenowe – to trzeci, po konnym i trekkingowym, sposób na dostanie się pod lodowiec. Widoki z wierzchowca są niezwykle przyjemne. Po obu naszych stronach widzimy zielone zbocza trzytysięczników. Przed nami przez chmury przebijają się natomiast śnieżne giganty.

Niestety, na końcu czeka nas małe rozczarowanie. Okazuje się bowiem, że konno docieramy do końca szerokiej drogi, gdzie zlokalizowana jest mała kawiarnia. Do samego lodowca mamy jeszcze około 2 km pieszo wąską ścieżką. Przewodnik daje nam jednak dosyć jasno do zrozumienia, że mamy chwilę, żeby kupić coś w kawiarni, a on na nas czeka. Może mogliśmy być bardziej asertywni i namówić go na możliwość podejścia pod sam lodowiec, ale problemem stała się komunikacja. Przewodnik kilka zdań po angielsku co prawda skleić potrafił, ale na pewno nie można było się z nim w tym języku sensownie porozumieć.

Długo nie przeżywamy straty, gdyż otoczenie tak czy ta jest piękne. Rzeka z lodowca z dużą siłą roztrzaskuje się o skały, otaczają nas zielone szczyty, a wokół pasą się konie. Odpoczywamy chwilę, robimy kilka zdjęć i dochodzimy do wniosku, że w drugiej połowie upalnego lipca końcówka lodowca wygląda zapewne jak szare bajoro, więc nie tracimy aż tak wiele.


W drodze powrotnej konie są znacznie bardziej pobudzone i maszerują żwawiej. Dobrze wiedzą, że wracają do domu na pełne świeżej trawy pastwiska. Chciałabym zaznaczyć, że wycieczka nie wymaga umiejętności jazdy konnej. Mateusz siedział na koniu pierwszy raz w życiu 😉 Zwierzęta dobrze wiedzą, gdzie mają dotrzeć, nie wyrywają się i nie płoszą nawet na widok quadów czy samochodów terenowych.
Osoby umiejące jeździć mogą pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Przyznam szczerze, że mój galop pod górę z takimi widokami jest wspomnieniem nie do opisania. Niemniej jednak, całą drogę przebyć można spokojnie stępem, podążając za przewodnikiem. Opisuję oczywiście nasze doświadczenia z wyprawy, które nie muszą się odnosić do wszystkich koni w Swanetii. Z moich obserwacji wynika jednak, że u innych turystów wyglądało to podobnie. Podsumowując, doświadczenie zdecydowanie warte swojej ceny 😉
Data wycieczki: 25 lipca 2025 roku
Statystyki wycieczki: 12,5 km; 1 150 metrów różnicy wysokości
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.

