Bucegi to część Karpat Południowych, a zarazem trzecie co do wysokości pasmo Rumunii. Królem tych gór jest Omu (2 514 m n.p.m.), na którego szczycie znajduje się najwyżej położone schronisko turystyczne w całych Karpatach. Pasmo zapamiętałem z soczystej zieleni, bardzo niewielkiej ilości turystów na szlakach oraz niesamowitych przestrzeni. Wysokości są tutaj znaczne, ale Bucegi to pasmo raczej łagodne. Gdybym miał porównać je do czegoś co wszyscy znamy (i kochamy), wskazałbym na Tatry Zachodnie bądź, ewentualnie, na Niżne Tatry. Bucegi odwiedziłem w czasie Przejścia Letniego 2023, wyjazdu organizowanego przez Studencki Klub Górski z Warszawy. W związku z tym, ten tekst będzie nieco inny od tego, co do tej pory publikowałem. Skupię się nie tylko na samych górach, ale również na specyfice tego ciekawego doświadczenia, jakim niewątpliwie jest wzięcie udziału w zagranicznym obozie wędrownym. Zapraszam serdecznie!
SPIS TREŚCI
- Jak znalazłem się w górach Bucegi?
- Długa podróż w góry Bucegi
- Bran – u podnóża gór Bucegi
- Pierwszy nocleg w górach Bucegi
- Atak na szczyt Omu (2 514 m n.p.m.)
Jak znalazłem się w górach Bucegi?
Jest lipiec 2023 roku, mój ostatni miesiąc w Poznaniu. Siedzę właśnie w pociągu Kolei Dolnośląskich, wracając do stolicy Wielkopolski z jednodniowej wycieczki w Góry Sowie. W tym właśnie momencie przychodzi do mnie wiadomość od Martyny, mojej siostry. Okazuje się, że Antek, jej kolega z liceum, działa teraz w Studenckim Klubie Górskim w Warszawie i organizuje w sierpniu obóz wędrowny w rumuńskie góry. Ma być dzikość, przygoda, spanie pod namiotami. Mam się za długo nie zastanawiać, bo liczba miejsc jest ograniczona. A więc… zapisuje się. A niedługo później – dostaje maila, że zarówno ja, jak i Martyna zostaliśmy zakwalifikowani na wyjazd.
W ten sposób następne tygodnie mijają mi nie tylko pod znakiem wyprowadzki z Poznania, ale też kompletowania całego niezbędnego sprzętu na wyjazd. Lista potrzebnych rzeczy jest naprawdę długa, toteż paragony z Decathlonu nierzadko przyprawiają mnie o niemały zawrót głowy. Na szczęście, SKG zapewnia tzw. „sprzęt wspólny”, a więc m.in. liofilizaty domowej roboty i przekąski, ogromne gary do gotowania, piły do cięcia drewna oraz butle gazowe. Sprzęt ten zostaje sprawiedliwie rozdzielony na wszystkich uczestników wycieczki – każdy nosi więc swoje wyposażenie oraz część wspólnego. Do tej wspólnoty trzeba się będzie zresztą mocno przyzwyczaić, bo stanie się ona nieodłącznym elementem naszej codzienności w czasie całego, prawie dwutygodniowego wyjazdu. Naszą działkę sprzętu wspólnego odbieramy na spotkaniu organizacyjnym, które ma miejsce w klimatycznej siedzibie SKG na warszawskim Jazdowie.
A czym tak w ogóle jest to Przejście Letnie? Otóż jest to nic innego jak wewnętrzny egzamin praktyczny na przewodnika Studenckiego Klubu Górskiego. W naszym przypadku grupa składała się z dziewiętnastu osób: ośmiu zdających, czterech zwykłych uczestników należących do SKG, czterech uczestników spoza SKG oraz trzech egzaminatorów. Aby podejść do egzaminu, należało zaliczyć wcześniejsze „eliminacje”, przeprowadzane w polskich górach, najczęściej w Beskidzie Niskim. Przez cały czas trwania wyjazdu ośmioro zdających wymieniało się na „prowadzeniu”, kolejno przejmując funkcje przewodnika grupy. A czego dokładnie na tym teście wymagano i jak to wszystko wyglądało, postaram się przemycić na łamach moich rumuńskich wpisów :D.

Długa podróż w góry Bucegi
8 sierpnia 2023 roku, w godzinach popołudniowych, cała wycieczka ładuje się na pokład rejsowego Flixbusa relacji Warszawa – Budapeszt. Wraz z Martyną dołączamy w Krakowie, co w istotny sposób skraca pierwszy etap naszej podróży. Po całonocnej jeździe, w stolicy Węgier meldujemy się ok. godziny 7. W jednym z budapeszteńskich parków jemy pierwsze polowe śniadanie, a następnie całą grupą przechodzimy na dworzec kolejowy Keleti. Tam wsiadamy do pociągu, który w nieco ponad dwanaście godzin dostarcza nas do rumuńskiego Braszowa. Podróż przez Węgry mija nam dosyć monotonnie, ponieważ za oknami widać jedynie bezkresne, spalone słońcem równiny Kotliny Panońskiej.
Po przekroczeniu rumuńskiej granicy, do naszego przedziału wchodzą funkcjonariusze straży granicznej. Każdy z nas musi wylegitymować się paszportem bądź dowodem osobistym. Szczęśliwie, dzisiaj kontrole na granicy węgiersko-rumuńskiej należą już do przeszłości, ponieważ 1 stycznia 2025 roku Rumunia stała się częścią strefy Schengen. Chwilę konsternacji przeżywamy niedługo później, gdy bez żadnego uprzedzenia nasz wagon zostaje odłączony od pociągu i pozostawiony sam sobie na stacji w przygranicznej miejscowości Arad. Nowa lokomotywa pojawia się jednak po ok. kilkunastu minutach, dzięki czemu możemy dalej spokojnie kontynuować naszą wycieczkę.
W Rumunii gór jest już pod dostatkiem, dlatego krajobraz za oknem z marszu staje się znacznie bardziej interesujący. Patrzę więc i z uwagą obserwuje ten zupełnie nieznany mi dotąd kawałek świata… Uwagę zwracają zrujnowane przystanki kolejowe i upadłe wioski… gołym okiem widać, że w tym trudnym procesie westernizacji Rumunia jest jeszcze przynajmniej kilkanaście lat za nami. Mniej więcej dwie godziny przed stacją docelową, podczas przejazdu przez rozległą dolinę Aluty, przez okno pociągu podziwiamy rozległą panoramę Fogaraszy – najwyższych gór w Rumunii, ustępujących w Karpatach jedynie Tatrom.
Do Braszowa zajeżdżamy niedługo po godzinie 23. Ulicami nocnego miasta zmierzamy w kierunku naszego pierwszego noclegu – JugendStube Hostel w samym sercu tutejszej Starówki. Następny dzień mija nam na zwiedzaniu Braszowa. Miasto okazuje się architektonicznie dosyć ciekawe, zwłaszcza że w jego bogatej historii mieszały się wątki saskie (niemieckie), rumuńskie, węgierskie i żydowskie. Pierwszym trekkingowym akcentem wycieczki jest natomiast wieczorne wejście na górującą nad miastem Tâmpę (960 m n.p.m.) w masywie Postăvarul. Szczyt znany jest przede wszystkim z ujmującej panoramy widokowej na cały Braszów oraz charakterystycznego napisu, stanowiącego nawiązanie do amerykańskiego Hollywood.



Bran – u podnóża gór Bucegi
Kolejnego dnia, 11 sierpnia 2023 roku, z samego rana opuszczamy hostel i lokalnym autobusem przejeżdżamy z Braszowa do Branu, wioski leżącej u podnóża gór Bucegi. Po drodze przejeżdżamy przez Râșnov, jedyny w Rumunii ośrodek szkolenia skoków narciarskich. W Branie zwiedzamy XIV-wieczny zamek, intensywnie promowany wśród turystów jako „zamek Drakuli”. Bram Stoker, autor słynnej powieści, miał ponoć natrafić na rysunek warowni w jednym z przewodników po Siedmiogrodzie. Rycina zamku miała oczarować go do tego stopnia, że stała się pierwowzorem dla książkowej siedziby znanego wampira. Sam Wład Palownik, będący prawdopodobnie inspiracją dla postaci Drakuli, w Branie jednak nigdy nie mieszkał. Tak się tworzą plotki, co nie? Tak czy inaczej, skoro Transylwania kojarzy się głównie z wampirami, turyści muszą coś z motywem Drakuli dostać. A o tym, że na tego typu atrakcje jest tu całkiem duży popyt, najlepiej świadczy potężna kolejka chętnych do zwiedzania zamku.
Wizytę w warowni w Branie raczej odradzam. Moją aktywność w zamku określiłbym bowiem nie tyle jako zwiedzanie, co raczej jako miarowe przesuwanie się krok po kroku w gigantycznym tłumie turystów. Budowlę opuszczam więc z ulgą, z niecierpliwością czekając na odwiedziny w pustych i przestrzennych górach Bucegi. Po zwiedzaniu zamku jemy jeszcze obiad w tradycyjnej rumuńskiej restauracji.

Trekkingową część wyjazdu rozpoczynamy ok. godziny 14.30. Prowadzenie ma wówczas Asia, a pierwsze cztery kilometry mijają nam na łagodnym podejściu asfaltową drogą. Kilkunastokilogramowy plecak z początku mocno mi ciąży, ale z każdym kolejnym krokiem plecy przyzwyczają się do znacznego ciężaru. Na wysokości ok. 940 m n.p.m. opuszczamy ostatnie zabudowania Branu, a na dalszym etapie szlak prowadzi już gęstym lasem. Wchodzimy właśnie w obszar chroniony w ramach parku narodowego Bucegi (Parcul Natural Bucegi), gdy prowadzenie przejmuje Tomek. Idziemy teraz szeroką, leśną arterią, a dalszą drogę wyznaczają nam charakterystyczne emblematy z czerwonym krzyżykiem. Okazuje się zresztą, że owe krzyżyki to popularny sposób znakowania tutejszych szlaków turystycznych. Poza nimi używa się także poziomych pasków, kropek oraz trójkątów.


Pierwszy nocleg w górach Bucegi
Na wysokości ok. 1 040 m n.p.m. szlak „krzyżykowy” odbija w prawo i staje się węższy oraz znacznie mocniej nachylony. Las cały czas jest bardzo gęsty, co skutecznie uniemożliwia nam dopatrzenie się jakichkolwiek widoków. Zdobywanie wysokości nie idzie jednak sprawnie, a są ku temu dwa podstawowe powody. Po pierwsze, podchodzenie z ciężkim plecakiem jest wymagające siłowo i kondycyjnie. Niby banał, ale sądzę, że osoby, które nigdy w ten sposób nie podróżowały mogą nie zdawać sobie sprawy z tego, w jak drastyczny sposób kilkunastokilogramowy ciężar rzutuje na średnie tempo marszu (sam przekonałem się o tym nie tylko w Rumunii, ale również rok później w paśmie Jotunheimen). Po drugie, jadąc na zorganizowany obóz wędrowny należy zaakceptować to, że grupa będzie poruszała się w rytmie dostosowanym do kondycji większości jej członków. Z początku jest to dla mnie dosyć trudne: chcę rwać naprzód, zdobywać mocniej i więcej, chodzić swoim tempem. W końcu kiedy następnym razem będę w Rumunii? Z czasem przychodzi jednak zrozumienie i docenienie solidarności oraz inkluzyjności, jakie warszawski SKG bezsprzecznie oferuje. Jeżeli więc jesteście ze stolicy i zamierzacie rozpocząć swoją przygodę z górami, na wyjazdach ze Studenckim Klubem Górskim odnajdziecie sporo cierpliwości, wyrozumiałości oraz serdeczności, niezależnie od kondycji czy też posiadanego doświadczenia.
W czasie podejścia szlak nieustannie zmienia szerokość — raz się rozszerza, raz zwęża — cały czas prowadząc przez gęsty las. W tenże sposób, na dystansie czterech kilometrów od przekroczenia granic parku narodowego Bucegi pokonujemy ponad 500 metrów przewyższenia (a zajmuje nam to ok. 2,5 godziny). Na wysokości ok. 1 500 m n.p.m. szlak ulega wyraźnemu wypłaszczeniu, trawersując południowe zbocza góry Pântecele (1 705 m n.p.m.). Na jednej z przerw sięgam po wodę, łapczywie wypijając kilka solidnych łyków. W tym momencie Martyna fuka na mnie: „Skoro są zasady, to się dostosuj”. No i faktycznie. Rozglądam się i odkrywam, że kolejną złotą regułą wyjazdu jest wspólnota wody. Polega to na tym, że osoba na prowadzeniu rozporządza zapasem płynów, adekwatnie dzieląc je na poszczególnych członków wyprawy. Z początku wydaje mi się to niepotrzebne i nieco infantylne. Jednakże, po naszych późniejszych perypetiach w górach Baiului uznaje owe wspólnotowe podejście do wody za rozwiązanie jak najbardziej słuszne.
Kilkanaście minut po rozpoczęciu trawersu las wreszcie nieśmiało się rozstępuje, odsłaniając skalne sylwetki otaczających nas szczytów. Następnie, po ok. 13 km marszu, równiutko o godzinie 20 meldujemy się na naszym pierwszym polowym noclegu – na polanie Gaura (ok. 1 550 – 1 600 m n.p.m.).





Na polanie Gaura rozpoczyna się standardowa procedura, praktykowana później każdego kolejnego wieczora. Osoba na prowadzeniu część grupy werbuje do pomocy przy posiłkach, innych wysyła po wodę, chrust na ognisko bądź angażuje do rozbijania namiotów. Odpowiednie zarządzenie obozowiskiem oraz sprawne tempo podejmowanych działań jest jednym z elementów oceny egzaminatora. W tym przypadku obowiązków było o tyle mniej, że nie zbieramy chrustu na opał. Jesteśmy bowiem w parku narodowym, toteż zamiast ogniska ciepłe posiłku przygotowujemy na turystycznych kuchenkach gazowych. Jeżeli chodzi o jedzenie na wyjeździe, przekrój posiłków mamy wręcz imponujący. Zamiast zwykłych liofów, gotujemy bowiem własnoręcznie suszone jedzenie. Tu szczególne ukłony dla Tomka, bo w żmudnym procesie przygotowywania tych posiłków to jego wkład był największy.
Pomimo że na górskich szlakach spędziłem już setki godzin, obozowanie na dziko dalej pozostaje dla mnie całkowitą nowością. Nic więc dziwnego, że wszystkie te pozornie zwykłe (pierwotne wręcz) czynności wydają mi się dzisiaj niezwykle ekscytujące. Pierwszego wieczora zostaje przydzielony do pomocy kuchennej. Kiedy wszystko jest już gotowe, wraz z całą grupą jemy przygotowany posiłek, a następnie wraz z Martyną rozbijamy namioty. A potem? A potem to już ruszamy w spanko. Trzeba się wyspać, jutro mamy wysoką górę do zdobycia!
Data wycieczki: 11 sierpnia 2023 roku
Statystyki wycieczki: 13 km; 965 metrów różnicy wysokości


Atak na szczyt Omu (2 514 m n.p.m.)
12 sierpnia 2023 roku budzimy się kilkanaście minut przed godziną 7. Schemat działania jest podobny: jedni przygotowują śniadanie, inni idą po wodę, reszta składa namioty. W wolnej chwili wchodzę na niewielką skałkę, położoną w centralnej części naszej polany. Obserwuje stamtąd zwijające się obozowisko oraz przepiękną panoramę m.in. na pobliską Lancię (2 218 m n.p.m.), Scarę (2 422 m n.p.m.) i Doamnele (2 402 m n.p.m.). Polanę ostatecznie opuszczamy około godziny 9. Już po zaledwie 300 metrach marszu przystajemy jednak przy wodospadzie Cascada Moara Dracului, przy którym urządzono nam przerwę kąpielową. Aby nie zanieczyszczać środowiska, do mycia używamy detergentów naturalnych (biodegradowalnych).



Po kąpieli kontynuujemy podejście „krzyżykowym” szlakiem dnem doliny Gaura. Nachylenie terenu jest tu znaczne: na dystansie najbliższych dwóch kilometrów przyjdzie nam pokonać ponad 400 metrów różnicy wysokości. Wodospad obchodzimy leśną ścieżką, ale już po kilkunastu minutach wychodzimy wprost na otwartą przestrzeń. Jesteśmy teraz na przepięknej, rozległej polanie, otoczeni majestatycznymi szczytami, uzbrojonymi w dziesiątki wież i turniczek. Szlak momentami staje się słabiej widoczny, ale oznakowanie przez cały czas pozostaje bardzo dobre. Na wysokości ok. 1 850 m n.p.m. podejście nieco zmienia swój charakter. Teren staje się bardziej skalisty, a na szlaku pojawiają się łańcuchy. Odcinek wprawdzie nie zawiera żadnych trudności technicznych, ale jego pokonanie z ciężkimi plecakami jest nieco żmudne i wymaga zachowania szczególnej koncentracji.






Po fragmencie z łańcuchami mamy jeszcze kilkaset metrów stromego podejścia po ostro nachylonym zboczu. Z piętrem kosodrzewiny żegnamy się na wysokości ok. 2 000 m n.p.m. (ze względu na cieplejszy klimat kosówka sięga w rumuńskich górach ok. 200 metrów wyżej aniżeli w naszych Tatrach). Chwila wytchnienia przychodzi na poziomie ok. 2 050 m n.p.m., kiedy docieramy do wyraźnego wypłaszczenia. Jak na dłoni widzimy stąd obszerny fragment głównego grzbietu gór Bucegi. Szczególnie wrażenie robią na mnie ogromne przestrzenie oraz wszędobylska zieleń, bardzo intensywna pomimo znacznej wysokości.
Dochodzi godzina 13, a na szczyt Omu pozostaje nam jeszcze około 3 kilometry drogi. Podchodzimy więc zielonym zboczem, zmierzając w kierunku głównego grzbietu gór Bucegi. Teren z początku wznosi się łagodnie, ale z czasem nachylenie znacząco wzrasta. W międzyczasie następuje kolejna zmiana przewodnictwa – na prowadzenie wysuwa się teraz Antek. Parę minut po godzinie 14 meldujemy się wreszcie na głównym grzbiecie – na przełęczy Curmătura Hornurilor (2 320 m n.p.m.), oddzielającej Scarę od Omu. Cechą szczególną tego miejsca jest niesamowity widok na monumentalną ścianę Scary oraz na ziejącą pod nią przepaść.





Ponad przełęczą podchodzimy już bezpośrednio głównym grzbietem gór Bucegi. Teren wznosi się tu nieznacznie – na dystansie półtora kilometra należy pokonać niespełna 200 metrów różnicy wysokości. Niestety, na tym etapie wędrówki całkowicie psuje się nam pogoda. Końcówkę trekkingu pokonujemy więc wśród gęstej mgły i dojmującego chłodu. Szczyt Omu (2 514 m n.p.m.) witamy więc z ulgą ok. godziny 15.30. Pokonanie 5-kilometrowego odcinka z polany Gaura zajmuje nam więc dzisiaj ok. 6,5 godziny.
Na najwyższym szczycie gór Bucegi spędzamy sporo czasu – przygotowujemy tutaj bowiem obiad oraz podgrzewamy wodę na herbatę. Panoramę ze szczytu przez większość czasu przysłaniają nam gęste chmury. Rozwiewają się one tylko momentami, odsłaniając widok na pobliską górę Bucșoiu (2 492 m n.p.m.) oraz górną część doliny Valea Morarului.
Korzystam natomiast z okazji, aby odwiedzić Cabana Omu (2 505 m n.p.m.), najwyżej położone schronisko turystyczne w całych Karpatach. Obiekt jest czynny od marca do listopada, dysponuje 30 miejscami noclegowymi oraz pozbawiony jest dostępu do elektryczności i bieżącej wody. W środku funkcjonuje niewielki bufet, w którym z przyjemnością kupuje sobie tabliczkę rumuńskiej czekolady. Obok schroniska znajduje się natomiast masywna skałka, będąca źródłem sporów o prawdziwą wysokość Omu. Uwzględniając nieszczęsny kamlot szczyt ma bowiem 2 514 m n.p.m., bez niego – 2 505 m n.p.m. Mnie osobiście bardziej przekonuje pierwsza koncepcja – skała jest przecież częścią góry, a zatem najwyższy naturalny punkt będzie leżeć właśnie na niej. Z drugiej strony – turystom wchodzić tam oczywiście nie wolno, co by oznaczało, że wedle tej logiki wcale Omu nie zdobyłem :D.






Schodzić z Omu rozpoczynamy zaraz po zjedzonym obiedzie, ok. godziny 17. Wstępne plany zakładały, że po zejściu z najwyższego szczytu pozostaniemy jeszcze na szlaku grzbietowym i podejdziemy nim aż do schroniska turystycznego Cabana Babele, położonego przy dwóch słynnych formacjach skalnych – Sfinksie i Babele. Późna godzina wymusza jednak zmianę planów, polegającą na skróceniu planowanej trasy. Na Omu opuszczamy więc główny grzbiet Bucegi, obierając biegnący doliną Valea Cerbului szlak znakowany na żółto. Pierwsze dwa kilometry mijają nam na wymagającym zejściu po ostro nachylonym zboczu. Droga jest jednak bardzo przyjemna, a to za sprawą stopniowo rozstępujących się chmur. Szczególny zachwyt budzi w nas niesamowity widok na Coștilę (2 490 m n.p.m.), łatwo rozpoznawalną ze względu na znajdująca się na szczycie wieżę telewizyjną. Co ciekawe, wieża ta mierzy aż 106 metrów, co czyni jej wierzchołek najwyżej położonym sztucznym punktem na terenie całej Rumunii.
Im niżej schodzimy, tym teren wokół nas staje się coraz to bardziej zielony. Znaczne nachylenie jest szczególnie odczuwalne do wysokości ok. 1 800 m n.p.m.; później teren opada znacznie łagodniej. Chmury rozstępują się coraz bardziej, odsłaniając kolejne fragmenty otaczających nas zboczy. Wtem z dna doliny dochodzi do nas dźwięk gwizdka. W tym momencie muszę Was poinformować, że w Rumunii żyje ponad 70% europejskiej populacji niedźwiedzia brunatnego (ok. 11 000 osobników). Ponieważ główną metodą odstraszania tych zwierząt jest robienie hałasu, dźwięk gwizdka może oznaczać, że jeden z miśków jest z nami w dolinie. Mógłbym się teraz kreować na wielkiego bohatera, ale będę szczery: perspektywa spotkania z niedźwiedziem również i mi wydaje się niesamowicie stresująca. Swoją drogą, jak się później okazało, osoba zamykająca nasz pochód faktycznie niedźwiedzia przy szlaku widziała… i nawet znalazła w sobie tyle odwagi, żeby przystanąć i zrobić mu zdjęcie (pozdro Kuba, minęło trochę czasu, ale nadal podziwiam Twoje opanowanie w tamtej sytuacji).





Do naszego dzisiejszego punktu noclegowego – polany Poiana Coștilei (ok. 1 300 m n.p.m.) dochodzimy już po zapadnięciu zmroku. Nasza trasa z Omu wyniosła ostatecznie nieco ponad 6 kilometrów, a pokonaliśmy ją w ok. 4,5 godziny. W świetle czołówek przygotowujemy ciepłą kolację i rozbijamy namioty. O wow… ale to był długi i intensywny dzień… Następnego dnia wstajemy z samego rana, zwijamy obozowisko oraz przez sześć kilometrów schodzimy do kolorowej miejscowości Bușteni. Co prawda nasza przygoda z górami Bucegi właśnie się zakończyła, ale wyjazd tak naprawdę dopiero nabiera rozpędu… Zmierzamy bowiem w dzikie pasmo Baiului, pełne gigantycznych połonin, ogromnych przestrzeni i rozbrykanych stad pasterskich psów.
Data wycieczki: 12 sierpnia 2023 roku
Statystyki wycieczki: 18 km; 1 100 metrów różnicy wysokości
Dziękuję Alicji Szostak (zobacz IG!) oraz Michałowi Kobryniowi (zobacz IG!) za podzielenie się pięknymi zdjęciami!
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.






3 thoughts on “Omu (2 514 m n.p.m.) – najwyższy szczyt gór Bucegi”