W sierpniu 2023 roku uczestniczyłem w Przejściu Letnim 2023, obozie wędrownym organizowanym przez Studencki Klub Górski w Warszawie. Z ciężkimi plecakami przemierzyliśmy wówczas trzy rumuńskie pasma: Bucegi, Baiului oraz Ciucaș. Spaliśmy w namiotach, gotowaliśmy na ogniskach, całe dnie spędzaliśmy razem. Najwięcej czasu zajęła nam podróż przez góry Baiului – dzikie i nieznane pasmo, gdzie owiec i psów pasterskich spotkaliśmy znacznie więcej niż ludzi. Estetyka tego miejsca była wyjątkowa – bezkresne łagodne grzbiety, potężne połoniny, rozległe panoramy widokowe. W niniejszym wpisie skupię się na wędrówce po wschodniej części Baiului wraz z wejściem na Neamţu (1 923 m n.p.m.) – najwyższy szczyt tego pasma. Będzie sporo pięknych widoków, szybko zmieniająca się pogoda, karkołomne poszukiwanie wody w wyschniętych jarach oraz mrożąca krew w żyłach przygoda, związana z nocnym spotkaniem uzbrojonego pasterza. Zostańcie ze mną!
Niniejszy wpis stanowi trzecią część serii o Przejściu Letnim 2023. Opisując tą wyprawę skupiam się zarówno na walorach przyrodniczych odwiedzanych przez nas pasm, jak i samej organizacji 19-osobowego obozu wędrownego, połączonego z egzaminem wewnętrznym na przewodnika Studenckiego Klubu Górskiego. Pierwszą część opowieści znajdziesz pod tym linkiem (góry Bucegi), a drugą tutaj (zachodnia część pasma Baiului).
Neamţu (1 923 m n.p.m.) – najwyższy szczyt pasma Baiului [15 sierpnia 2023 roku]
Dzisiejszego dnia wyłaniam się z namiotu nieco wcześniej niż zwykle – parę minut po godzinie 6. Dzieje się tak dlatego, że wraz z Martyną zostaje wyznaczony do pomocy przy śniadaniu. Polecenie wydaje nam Alicja, która wczorajszego wieczora przejęła od Pauliny obowiązki grupowego przewodnika. Gotujemy więc wodę na herbatę, zaspanymi oczyma wpatrując w tarczę wschodzącego słońca. Noc spędziliśmy w przepięknym miejscu – na płytkiej przełęczy pomiędzy szczytami Rusu (1 903 m n.p.m.) a Stevią (1 907 m n.p.m.). Nic więc dziwnego, że zarówno wczorajszy zachód słońca, jak i dzisiejszy wschód bez wątpienia były najlepszymi na całym naszym rumuńskim wyjeździe.
W dalszą drogę ruszamy parę minut po godzinie 9. O ile wczoraj przez cały dzień słońce opererowało niezwykle mocno, tak dzisiaj jest zimno i dżdżyście. Ale wiecie jak to jest: do pogody w górach nie ma sensu się przesadnie przywiązywać. Idziemy więc naubierani w przeciwdeszczowe kapoki i z naciągniętymi na plecaki narzutami. Nasz szlak wiedzie natomiast zielonym, rozległym grzbietem, oferując szerokie panoramy w każdą stronę świata. Podobnie jak w poprzednich dniach, największe wrażenie robi na mnie bezmiar tutejszych połonin oraz ogromne przestrzenie.





Kilometr od opuszczenia obozowiska meldujemy się na pierwszym szczycie dzisiejszego dnia – Stevii (1 907 m n.p.m.). Znakowany szlak trawersuje górę od strony zachodniej, ale na sam wierzchołek prowadzi wyraźna, wydeptana ścieżka. Ze Stevii schodzimy na płytką przełęcz, aby następnie rozpocząć mało wymagające podejście na górę Neamţu (1923 m n.p.m.). Na najwyższym szczycie Baiului meldujemy się po przejściu 4 kilometrów od miejsca naszego obozowiska, ok. godziny 10.30. Panorama jest stąd wyjątkowo rozległa, a obejmuje dziesiątki okolicznych wierzchołków gór Baiului, Bucegi oraz pobliskiego pasma Ciucaș. Robimy sobie więc krótką przerwę, z zachwytem podziwiając otaczające nas z każdej strony połoniny. Najwyższy szczyt nie jest oznaczony żadną tabliczką, a jedynie maźnięciem różowej farby na skale.
Po udanym zdobyciu Neamţu kontynuujemy trekking zielonym, szerokim grzbietem. Schodzimy do przełęczy Șaua Paltinu (1 790 m n.p.m.), a następnie trawersujemy górę Paltinu (1 900 m n.p.m.). W ten sposób, na przestrzeni następnych kilometrów tracimy ponad 600 metrów wysokości, przez większość czasu podążając trawiastą połoniną. Nasz szlak wprawdzie nie wygląda na często używany, ale jego przebieg na tym etapie jest dosyć oczywisty. W gęsty las wchodzimy dopiero na wysokości ok. 1 400 m n.p.m. Niedługo później osiągamy najniższy punkt dzisiejszego trekkingu – przełęcz Pasul Predeluș (1 295 m n.p.m.), którą to wiedzie asfaltowa szosa z Câmpiny do Braszowa.





Już niedługo za przełęczą czeka nas dłuższy postój – Alicja ogłasza przerwę na obiad. Zrzucamy więc na ziemię ciężkie plecaki i ruszamy do wyznaczonych nam obowiązków. Ja zgłaszam się na ochotnika na wyprawę w poszukiwaniu wody. Od początku wyjazdu wiele słyszę o niełatwej sztuce znajdowania trudnodostępnych jarów. Nic więc dziwnego, że kiedy nadarza się okazja, chcę tego doświadczyć na własnej skórze. Po wodę wyprawiam się z Martyną, Kubą i Agatą, a wszyscy wyposażeni jesteśmy w wielkie torby i zapas plastikowych butelek. Ponieważ wszelkie decyzje na wyjeździe podejmuje przewodnik, kierunek w jakim mamy iść wskazuje nam Alicja.
Schodzimy więc stromym, gęsto zalesionym zboczem (czyli czymś co beskidzka część mojej rodziny nazwałaby po prostu „grapą”). Dobrą informacją jest to, że jar udaje się zlokalizować dosyć sprawnie. Złą natomiast – ciek okazuje się niemal całkowicie wyschnięty. Ostrożnie schodzimy więc w dół zbocza, szukając miejsca, gdzie z jaru przebija choć odrobina wody. Na niewielkie źródełko natrafiamy dopiero na wysokości ok. 1 200 m n.p.m. Woda leci do butelek niesamowicie powoli, ale wielkiego wyboru nie ma – w paśmie Baiului schronisk nie uświadczysz, a grupa musi przecież coś pić. Czerpiemy więc i czerpiemy, balansując na krawędzi naszej cierpliwości. Jakość wody pozostawia wiele do życzenia, ale bez obaw – nie pijemy tego prosto z jaru, zawartość każdej butelki musi być przed spożyciem dokładnie przegotowana. Działamy w dwóch grupach – u góry czerpie ja i Kuba, nieco poniżej Martyna i Agata. Kiedy nasze źródełko całkowicie odmawia posłuszeństwa, decydujemy się zabrać to co mamy i dostarczyć pozostałym członkom naszej grupy (domyślamy się bowiem, że brak wody istotnie wstrzymuje proces przygotowania obiadu). Dziewczyny czerpią więc dalej, a my rozpoczynamy proces wynoszenia po leśnym zboczu sterty napełnionych wodą butelek. Nie jest to być może zadanie najłatwiejsze, ale dajemy radę i niedługo później przekazujemy wodę ekipie kuchennej.
Ponieważ nasz tymczasowy obóz znajduje się wprost przy leśnej ścieżce, rozpalenie ogniska nie wchodzi w grę. Woda musi być zatem ugotowana na turystycznych butlach gazowych, których mamy na tym wyjeździe jeszcze przynajmniej kilka. Standardowa procedura… ale tym razem coś ewidentnie idzie nie tak. Jedna z odpalonych butli gazowych z hukiem wybucha… a chwilę później to samo dzieje się z trzema innymi. Wprawdzie ostatecznie gar z wodą ląduje na gazie, ale nasz zapas butli z nie do końca wyjaśnionych powodów zostaje znacznie uszczuplony. Tymczasem… dziewczyny dalej nie wracają z jaru. Być może to efekt zmęczenia, ale z minuty na minutę mój mózg zaczyna projektować coraz to bardziej katastroficzne wizje. Myślę sobie: jak ja tak mogłem? Zostawić własną siostrę w jakimś ciemnym, rumuńskim jarze? Mam ochotę tam biec, ale stanowisko Alicji jest jasne i racjonalne: mam zostać i spróbować się uspokoić. Dziewczyny natomiast faktycznie z jaru wracają, zadowolone i objuczone pozostałą częścią posiadanego przez nas zapasu plastikowych butelek.
Po obiedzie znowu zmienia się prowadzenie – tym razem naszym przewodnikiem zostaje Janek. Kilkanaście minut po wznowieniu trekkingu znów wychodzimy ponad granicę lasu – z powrotem na trawiaste połoniny. Nasz szlak wiedzie teraz w pewnej odległości od głównego grzbietu Baiului, co czyni go nieco trudniejszym orientacyjnie. Na obecnym fragmencie wędrówki najwyższą wysokość osiągamy 3,5 kilometra od opuszczenia przełęczy, podczas trawersu szczytu Sloeru Mărcușanu (1 592 m n.p.m., przebieg szlaku sięga wysokości ok. 1 570 m n.p.m.). Słońce powoli chyli się ku zachodowi, ale Janek wytrwale prowadzi nas trawiastymi zboczami. Niekiedy idziemy utartą ścieżką, innym razem przedzieramy się przez gąszcz skarłowaciałych iglaków. O ile poranek przywitał nas deszczem i chłodem, popołudnie i wieczór trafiły się już bardzo pogodne. Z grzbietów Baiului nieprzerwanie roztaczają się fantastyczne widoki na pobliskie szczyty. Coraz wyraźniej widać wschodnią część pasma (którą będziemy przemierzać jutro) oraz skaliste góry Ciucaș (gdzie planowo dojdziemy pojutrze).





Dochodzi już godzina 20, gdy schodzimy ze stromego zbocza góry Sloeru Mărcușanu. Na przełączce (ok. 1 350 m n.p.m.) dostrzegamy samotne gospodarstwo, zajmowane przez pasterza, hodowane przez niego zwierzęta oraz sforę zajadłych psów. O ile dotychczas mieliśmy szczęście do przyjaźnie nastawionych czworonogów, tak te tutaj napędzają nam sporo strachu. W akompaniamencie głośnego szczekania i groźnego warczenia tworzymy coś w rodzaju formacji żółwia i miarowo przesuwamy się do przodu. Szczęśliwie dla nas, psy ograniczają się wyłącznie do odstraszania i kiedy jesteśmy już odpowiednio daleko, tracą nami zainteresowanie. Za gospodarstwem wchodzimy do lasu, aby już w chwilę później, na wysokości ok. 1 400 m n.p.m. ponownie wyjść na otwartą przestrzeń.
Wkrótce zapada zmierzch, a Janek w dalszym ciągu prowadzi nas przez trawiaste połoniny. Nikt nie może go zatrzymać (ani nawet niczego mu zasugerować), ponieważ o to chodzi w tym egzaminie – z grubsza ma on zweryfikować czy zdający jest w stanie samodzielnie poradzić sobie z rolą grupowego przewodnika. Jesteśmy już jednak zmęczeni, zniechęceni trudnym dniem i chcielibyśmy czym prędzej rozkładać namioty. Wtem… Strzał! Stajemy, nastaje chwila konsternacji. Co to było? Naprawdę ktoś do nas strzelał? Co się dzieje? Do jasnej cholery, gdzie my jesteśmy!?
Nie będę chojrakować – nie jest to chwila łatwa. Wszyscy stoimy jak wryci, zupełnie nie wiedząc co właściwie powinniśmy teraz zrobić. Pierwszy z marazmu wyrywa się Janek i… zaczyna biec dokładnie w kierunku strzału. Opiekunowie nie reagują, nawet na chwilę nie naginając zasad przewodnickiego egzaminu. Gdy Janek znika w mroku, napięcie w grupie wyraźnie rośnie. Alicja zaczyna krążyć pomiędzy uczestnikami wycieczki, rozdając wszystkim „żelki na czarną godzinę”. W głowie pojawiają się niechciane myśli: przecież jemu naprawdę może stać się coś niedobrego. Szczęśliwie jednak, Janek wraca do nas bardzo szybko. Okazuje się, że strzał oddał miejscowy pasterz, który… wziął nas za grupę Romów. Kiedy tylko okazuje się, że jesteśmy turystami z Polski, rolnik całkowicie zmienia swoje bojowe nastawienie: pokazuje nam dogodne miejsce na rozbicie obozowiska oraz ostrzega przed znajdującą się w pobliżu gawrą niedźwiedzia. Wygląda na to, że mamy happy end… Udajemy się więc na wskazane miejsce i możliwie szybko uwijamy się z rozłożeniem obozowiska. Pomimo późnej pory i, łagodnie rzecz ujmując, nienajlepszego morale zbieramy drewno na opał, rozpalamy ognisko i przygotowujemy sobie coś ciepłego do jedzenia. Ponieważ wysłanie ekipy po wodę w obecnych okolicznościach nie wchodzi w grę, racjonalnie wydzielamy pozostały nam zapas pomiędzy wszystkich uczestników. Spać idziemy dzisiaj grubo po północy. Od jutrzejszego poranka prowadzenie przejmuje Agata.
Data wycieczki: 15 sierpnia 2023 roku
Statystyki wycieczki: 24 km, 820 metrów różnicy wysokości [wraz z wyprawą po wodę]
Wędrówka przez wschodnie rubieże pasma Baiului [16 sierpnia 2023 roku]
Rankiem, 16 sierpnia 2023 roku, ze snu wyrywa nas potężna burza. Błyska i grzmoci niemiłosiernie, bardzo blisko naszego obozowiska. Dobra koordynacja zadań i spokojne usposobienie Agaty pozwala nam jednak w sprawny sposób zwinąć namioty, przygotować jedzenie i ok. godziny 10.00 ruszyć w dalszą wędrówkę. A jak myślicie, w jaki sposób udaje nam się uzupełnić zapas wody? Ano oczywiście dzięki znajomemu pasterzowi… Gospodarz zaprasza nas zresztą do swojej chaty i obficie częstuje wyprodukowanym przez siebie serem. W pewnym momencie na stole pojawia się nawet domowa nalewka, ale jej akurat skosztować nie możemy. Wyjazd ma bowiem charakter bezalkoholowy i jest to dla warszawskiego SKG reguła niezwykle ważna (co zresztą osobiście bardzo szanuję).
Wizyta u pasterza wydaje mi się nie tylko sympatycznym przerywnikiem, ale też podróżą w czasie, prawdziwym reliktem przeszłości. Jeszcze bowiem całkiem niedawno, jak Karpaty długie i szerokie, po św. Wojciechu tysiące baców opuszczało wygodne legowiska i wraz z wielkimi stadami owiec wychodziło wysoko w góry. Całe lato spędzano w parszywych szałasach, doglądając zwierząt i produkując potężne ilości sera. Pasterstwo było podstawowym elementem karpackiej gospodarki i miało kolosalny wpływ na ukształtowanie unikalnej, góralskiej kultury. Pionierami w tym zakresie byli Wołosi, lud romański, wynalazcy m.in. unikalnej techniki wypalania polan. To właśnie oni, gdy tylko zabrakło miejsca na ich rodzimych połoninach, rozpoczęli długą wędrówkę wzdłuż łuku Karpat. Dotarli również do Polski, wprowadzając pasterskie zwyczaje w Tatrach i Beskidach. A jak trwałe były to tradycje, niech świadczą liczne podobieństwa, które do tej pory można zaobserwować pomiędzy polskimi i rumuńskimi góralami (objawiające się m.in. w tradycyjnej architekturze, strojach i tańcach ludowych, zapożyczeniach z mowy wołoskiej do gwary polskich górali, tożsamym umiłowaniu wolności…). Nic więc dziwnego, że ten poczciwy człowiek z gór Baiului staje się w moich oczach nie tylko pasterzem, ale też strażnikiem, kontynuatorem i gwarantem prastarych, karpackich zwyczajów.






Po opuszczeniu pasterskiej chaty i pożegnaniu się z jej wesołych gospodarzem, kontynuujemy wędrówkę przez dzikie góry Baiului. Wchodzimy teraz do lasu, idąc nim przez nieco ponad dwa kilometry. Na bezkresnych połoninach z powrotem meldujemy się na wysokości ok. 1 400 m n.p.m. Przez blisko dziesięć kilometrów będziemy teraz podążać otwartą przestrzenią, oferującą przepiękne panoramy na każdą stronę świata. Za sobą widzimy schodzone już przez nas pasmo Bucegi oraz zachodnią część gór Baiului. Przed nami majaczy natomiast skaliste pasmo Ciucaș, które to poznać zamierzamy jutro. Pierwszy etap wędrówki połoninami mija nam na podejściu na południowy wierzchołek szczytu Bobul Mic (ok. 1 750 m n.p.m.). Szlak wygląda na rzadko uczęszczany, ale wyraźnie odznacza się wyjeżdżoną w ziemi koleiną. Podejście jest o tyle trudne, że czynimy je w towarzystwie potężnego wichru. W górnych partiach grzbietu wiatr robi się na tyle znaczny, że jesteśmy w stanie się na nim „położyć”. Tym samym, w rumuńskich górach na przestrzeni paru dni kompletujemy już chyba każdy możliwy rodzaj górskiej pogody :D.
Szczęśliwie dla nas, podczas zejścia z Bobul Mic wiatr aż tak mocno nam już nie przeszkadza. Możemy więc w pełni docenić walory otaczających nas bezkresnych przestrzeni oraz ciekawy widok na skaliste zbocze grzbietu Fața lui Gherghel (1 685 m n.p.m.). Około godziny 17, Agata zarządza dłuższy postój obiadowy, połączony z możliwością umycia się. Rozpierzchamy się więc po otwartym terenie, szukając na trawiastej połoninie odrobiny prywatności. Po przerwie, idąc już szeroką, gruntową drogą, schodzimy do Pasul Bratocea (1 272 m n.p.m.), oddzielającej pasmo Baiului od gór Ciucaș. Przez przełęcz wiedzie asfaltowa droga nr DN1A, łącząca Braszów z Ploeszti. W ten sposób kończymy kilkudniową wędrówkę przepięknymi połoninami gór Baiului, rozpoczynając ostatni etap naszej rumuńskiej wędrówki. Dziś obozujemy już w paśmie Ciucaș, na wysokości ok. 1 300 m n.p.m., w odległości ok. kilometra od przełęczy.
Data wycieczki: 16 sierpnia 2023 roku
Statystyki wycieczki: 19 km; 860 metrów różnicy wysokości
Dziękuję Alicji Szostak (zobacz IG!) oraz Michałowi Kobryniowi (zobacz IG!) za podzielenie się pięknymi zdjęciami!
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie bądź zapisania się na newsletter! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.






🐾