Mulhacén (3 482 m n.p.m.) to najwyższy szczyt gór Sierra Nevada, a także całej kontynentalnej Hiszpanii. Pasmo leży w słonecznej Andaluzji, położonej w południowej części Półwyspu Iberyjskiego. Na wierzchołek wiedzie mało wymagająca ścieżka, co czyni Mulhacén szeroko dostępnym dla turystów o różnym poziomie zaawansowania. W niniejszym artykule opiszę wycieczkę z początku czerwca, gdy w okolicach szczytu zalegało jeszcze sporo zmarzniętego śniegu. Będzie to pętla z miejscowości Trevelez, a po zdobycie Mulhacéna wejdziemy jeszcze na górę sąsiednią – Alcazabę (3 371 m n.p.m.). Zapraszam serdecznie!
Spis treści
- Mulhacén – najważniejsze informacje
- Start w Trevelez
- Długie podejście na Alto del Chorrillo
- Odcinek z Alto del Chorrillo na Mulhacén
- Mulhacén (3 482 m n.p.m.) – szczyt
- Zejście z Mulhacéna do Laguna Hondera
- Podejście na Alcazaba (3 369 m n.p.m.) z Laguna Hondera
- Długi powrót do Trevelez szlakiem żółtym
- Mapa wycieczki
Mulhacén – najważniejsze informacje
- Mulhacén ma 3 482 m n.p.m., co czyni go najwyższym szczytem kontynentalnej Hiszpanii (w ogólnej klasyfikacji szczyt przegrywa tylko z Pico del Teide na Teneryfie na Wyspach Kanaryjskich).
- Mulhacén leży w paśmie Sierra Nevada w Górach Betyckich. Są to góry wysokie, ale raczej łagodne: spotkacie tu znacznie więcej zielonych łąk niż ostrych grani. Sierra Nevada jest zresztą jedyną tak potężną częścią Gór Betyckich. W pozostałej części łańcuch cechuje się znacznie niższymi wysokościami, z rzadka przekraczając 2 000 m n.p.m.
- Naszą bazą wypadową na Mulhacén była miejscowość Trevelez, leżąca na południowych stokach Sierra Nevady (ok. 1 550 m n.p.m.). Dzięki temu, że z wioski odchodzą dwa szlaki turystyczne w kierunku wierzchołka, uzyskaliśmy możliwość skonstruowania zgrabnej pętelki. Dodatkowo, po zdobyciu Mulhacéna weszliśmy jeszcze na Alcazabę, trzeci co do wysokości szczyt Sierra Nevady. Cała wycieczka nie zawierała w sobie większych trudności technicznych, ale była mocna kondycyjnie: prawie 30 kilometrów marszu i ponad 2500 metrów różnicy wysokości (przy czym sam Mulhacén byłby znacznie prostszy – 22 km i 1 900 m różnicy wysokości).
- Znacznie łatwiejszą opcją zdobycia Mulhacéna jest rozpoczęcie wycieczki w miejscowości Capileira, również leżącej na południowych zboczach pasma. Turyści wsiadają tam do busa, który szutrową drogą wywozi ich na wysokość aż… 2 700 m n.p.m. W tej konfiguracji do pokonania zostaje zaledwie ok. 700 metrów podejścia. Bus pozostawia turystów pod kulminacją Alto del Chorillo, czyli w miejscu, gdzie do głównego szlaku na Mulhacén dobija zielona trasa z Trevelez.
- Wreszcie, szczyt Mulhacéna można zdobyć również od strony północnej. Wycieczkę rozpoczynamy wówczas w miejscowości Pradollano. Wioska położona jest na astronomicznej wysokości (2 220 – 2 400 m n.p.m.), a znana jest przede wszystkim ze sporego ośrodka narciarskiego oraz… najwyższej drogi Europy, wyprowadzającej na wysokość 3 380 m n.p.m. (czyli praktycznie pod sam szczyt Pico del Veleta – 3 396 m n.p.m., drugi co do wielkości wierzchołek pasma). Odcinek grzbietowy z Velety na Mulhacén liczy sobie nieco ponad 6 kilometrów i wymaga pokonania 480 metrów przewyższenia.
- Na Mulhacénie nie występują lodowce. Kiedy jednak byliśmy na tej górze na początku czerwca, miejscami zachowało się jeszcze sporo zmrożonego śniegu (szczególnie na odcinku szlaku Integral de Sierra Nevada, który wyprowadza na Mulhacén od strony wschodniej). Dużo było też nadmiarowej wody, pochodzącej z intensywnych roztopów.
Start w Trevelez
Dochodzi godzina 7, gdy naszym wypożyczonym autem zajeżdżamy na parking publiczny w Trevelez, położony na wysokości ok. 1 530 m n.p.m. (współrzędne: 37.0020556N, 3.2685833W, link do mapy). Sennymi jeszcze oczyma rozglądam się po pustawym placu. Czy ja śnię czy naprawdę zaraz rozpocznę trekking na najwyższy szczyt kontynentalnej Hiszpanii?
Trevelez opisałbym jako typowe „pueblos blancos„, czyli tradycyjne andaluzyjskie miasteczko, zabudowane niewielkimi, białymi kamieniczkami. Nic więc dziwnego, że pierwsze kilkaset metrów trekkingu spędzamy wśród urokliwych, wąskich uliczek. Ponieważ całe Trevelez położone jest na mocno nachylonym zboczu, intensywne podejście rozpoczynamy właściwie od razu po wyjściu z samochodu. Po kilku minutach opuszczamy ostatnie zabudowania mieszkalne, rozpoczynając trekking szlakiem zielonym. Podchodzimy teraz wąską, ale wyraźną ścieżką, wiodącą pośród pól uprawnych i zagród dla bydła. Co szczególnie urzekające, wokoło jest sporo intensywnie zielonych roślin, co stanowi miły kontrast dla kłującej, półpustynnej flory w pozostałych częściach Andaluzji.




Długie podejście na Alto del Chorrillo
Już po kilkudziesięciu minutach marszu wysoka roślinność zanika, a dominującym elementem krajobrazu stają się rozległe, trawiaste łąki. O rolniczym wykorzystaniu tych terenów świadczą mijane gdzieniegdzie krowy oraz rowy melioracyjne. Ścieżka na całej długości jest wąska, ale bardzo dobrze widoczna. Jeżeli chodzi o walory widokowe, zarówno przed nami, jak i za nami rysują się urokliwe panoramy na zwaliste cielska okolicznych grzbietów. Nie ukrywam, że bardzo mi się tutaj podoba. Niby zwykłe zielone zbocze, ale ma w sobie coś takiego sielskiego, magnetyzującego, bardzo urokliwego.



Szlak zielony z Trevelez na Alto del Chorrillo liczy sobie 6 kilometrów długości oraz wymaga pokonania ponad 1 100 metrów różnicy wysokości. Niby sporo, ale na szczęście szybko łapiemy dobry rytm i podejście idzie nam naprawdę sprawnie. W górnej części zbocza ścieżka miejscami rozchodzi się na kilka wariantów, ale również i to nie jest problemem, bo koniec końców wszystkie linie się ze sobą łączą. Poza tym, im wyżej, tym bardziej odczuwamy niedawno przeszłą zimę. Momentami szlakiem płynie świeża woda roztopowa, a w jednym miejscu przechodzimy nawet przez rozległy płat śnieżny.


W niespełna dwie i pół godziny od opuszczenia Trevelez kończymy podejście zielonym zboczem i wychodzimy na wyjątkowo szeroki grzbiet. Przekraczamy drogę szutrową z miejscowości Capileira, a następnie podchodzimy na pobliską kulminację Alto del Chorrillo (2 721 m n.p.m.). Na szczycie robimy sobie kilkunastominutową przerwę, podczas której uzupełniamy płyny, zajadamy kanapki i zachwycamy się przepiękną panoramą na ośnieżone szczyty głównego grzbietu Sierra Nevady. Największe wrażenie robi Veleta (3 394 m n.p.m.), o nieco ściętej z tej perspektywy sylwetce, drugi co do wysokości wierzchołek pasma. Głównego celu dzisiejszego dnia – Mulhacéna – póki co jeszcze nie widać…


Odcinek z Alto del Chorrillo na Mulhacén
Będąc na Alto del Chorrillo obserwujemy też busy, podjeżdżające tu od czasu do czasu od strony Capileiry. Przystanek znajduje się zaraz pod szczytem, na wysokości ok. 2 705 m n.p.m. Z busów cyklicznie wysypują się grupki turystów, stąd też na obecnym etapie szlaku ludzi jest znacznie więcej niż na pierwszym fragmencie podejścia. Co by jednak nie mówić, do tłumów wiele jeszcze brakuje.
Odcinek z Alto del Chorrillo na Mulhacén – Subida al Mulhacén – liczy sobie 5 kilometrów długości oraz wymaga pokonania 800 metrów różnicy wysokości. Podejście wiedzie szeroką ścieżką, po umiarkowanie nachylonym grzbiecie. Wraz z nabywaniem wysokości, trawa zanika, a dominantą krajobrazu staje się mrowie kamieni i pojedyncze pola śnieżne. Z lewej strony cały czas towarzyszy nam sympatyczny widok na pozostałe wierzchołki Sierra Nevady, a z prawej – panorama na niższe partie Gór Betyckich, z charakterystyczną sylwetką Sierra de Lújar (1878 m n.p.m.) na czele.



Nie będę ukrywał, że podejście na Mulhacén nie jest ani wymagające, ani szczególnie fascynujące. Momentami trekking jest wręcz monotonny, a kolejne kamieniste wzgórki ciągną się jak flaki z olejem. Ot, taka wędrówka po grzbiecie wielkiego, zwalistego wieloryba ;D. Tempo cały czas mamy dobre, bo i idzie nam się tu dobrze. Szybkiemu połykaniu poziomic sprzyja wygodna ścieżka, przyjemna temperatura oraz brak jakichkolwiek problemów wysokościowych (trochę się o to martwiliśmy przed wyjazdem, ponieważ Mulhacéna zdobywamy bez jakiejkolwiek aklimatyzacji, śpiąc poprzedniego dnia na wysokości ok. 200 m n.p.m.).
Po czterech kilometrach od opuszczenia Alto del Chorrillo zdobywamy mało wybitny wierzchołek Mulhacén II (3 362 m n.p.m.). Z tego punktu, na główną kulminację pozostaje już tylko łagodny odcinek grzbietowy, liczący sobie kilometr podejścia i ok. 120 metrów różnicy wysokości.


Mulhacén (3 482 m n.p.m.) – szczyt
Mulhacén (3 482 m n.p.m.) zdobywamy w kwadrans po godzinie 11, a więc po czterech godzinach marszu. Nie ukrywam, że jesteśmy z siebie bardzo zadowoleni – dawno nie pokonaliśmy 1 900 metrów różnicy wysokości w tak dobrym tempie (o ile w ogóle kiedykolwiek). Z poczuciem satysfakcji i dobrej górskiej roboty rozsiadamy się więc na skałach, wyjmując przekąski i chłonąc imponujące, rozległe panoramy. Oglądając potężne wierzchołki Sierra Nevady, cieszę się, że przyjechaliśmy do Andaluzji z początkiem czerwca, gdy na szczytach zalega jeszcze sporo zmrożonego śniegu. Białe szczyty prezentują się bowiem znacznie piękniej i donioślej niż surowa, kamienna pustynia, jaka z pewnością tworzy się tutaj w sierpniu czy wrześniu.



Panoramy ze szczytu Mulhacéna ujmują swym ogromem oraz nieograniczoną wręcz przestrzenią. Elementu obcowania z ekspozycją dostarcza natomiast widok z północnych i północno-zachodnich zboczy, wyraźnie stromszych i ostrzejszych od pozostałych stron wierzchołka. Poza dziką naturą, na szczycie znajduje się też element antropogeniczny – niewielka kapliczka, poświęcona Matce Boskiej z Pilar.
Satysfakcji ze zdobycia szczytu dodaje to, że Mulhacén staje się drugim co do wysokości wierzchołkiem na mojej prywatnej, górskiej liście. Wyżej byłem tylko raz – w sierpniu zeszłego roku na Schrankogelu (3 497 m n.p.m.) w Alpach Sztubajskich.

Zejście z Mulhacéna do Laguna Hondera
Po kilkunastu minutach spędzonych na szczycie oraz po miłej pogawędce z grupą rodaków z Rybnika (intensywnie robiących Koronę Europy), rozpoczynamy zejście. Na powrót obieramy fragment szlaku Integral de Sierra Nevada, biegnący wschodnim zboczem Mulhacéna.
Cóż… no i nie ukrywam, że na tym etapie robią się schody. Zbocze pokryte jest bowiem sporą ilością śliskiego, zdradliwego śniegu. Przez kilka minut uważnie schodzimy po zwartej, białej masie, a kiedy tylko staje się to możliwe – z powrotem wskakujemy na skały. Ponieważ śnieg pokrywa całą „właściwą” ścieżkę, przez dłuższy czas jesteśmy zmuszeni do lawirowania po chybotliwym, zwodniczym rumowisku. Martyna i Jaromir radzą sobie w takim środowisku całkiem dobrze, ja – trochę gorzej. Niemniej jednak, wszyscy przemy naprzód, właściwie pozaszlakowo, na bieżąco szukając jak najbardziej optymalnych wariantów. Pod koniec zejścia jesteśmy zmuszeni do pokonania kilku rozległych pól śnieżnych. Osobiście stawiam na kontrolowane ześlizgiwanie się, co wydaje mi się znacznie lepszym pomysłem niż desperackie (i nieco karkołomne) szukanie stabilności. Gdy po godzinie takiego schodzenia melduje się nad jeziorem Laguna Hondera (ok. 2900 m n.p.m.), oddycham z ulgą, siadam zmęczony na kamieniu i z westchnieniem otwieram zasłużonego energolka.




Oceniając opisywany odcinek z perspektywy czasu, wydaje mi się, że zejście nie było tyle trudne technicznie (chociaż gdzieniegdzie ręce na skale pracowały), co wyjątkowo czujne i niekomfortowe. Wszystko było bowiem mokre, śliskie i „jeżdżące”. Poza tym, czytając to myślicie sobie pewnie „ależ oni głupi! trzeba było zabrać raki!”. No i pewnie macie rację – kolce mogłyby być tutaj całkiem przydatne. Problem w tym, że na południe Hiszpanii raczej lata się samolotem, a sprzęt zimowy nie tylko swoje waży, ale również zajmuje sporo objętości w ściśle reglamentowanym bagażu. Nie czuję zresztą, że zrobiliśmy rzecz wybitnie niebezpieczną – raczej po prostu trudniejszą niż wariant optymalny. A jakiż jest ów wariant? Ano wedle tego co udało mi się wyczytać, po zakończeniu procesu wiosennych roztopów, opisywany fragment Integral de Sierra Nevada jest tak samo łatwy i przyjemny jak ta ścieżka, którą Mulhacén zdobywaliśmy.


Podejście na Alcazaba (3 369 m n.p.m.) z Laguna Hondera
Jak śpiewają słynne Baciary, „rano leczysz kaca, wieczorem smak powraca…”. Z mojego doświadczenia, podobnie bywa też z górami. Z tego też powodu, po krótkim odpoczynku i zbawiennej dostawie kofeiny, podejmujemy decyzje o podjęciu próby zrealizowania „celu pobocznego” dzisiejszej wycieczki, a mianowicie o zdobyciu pobliskiej Alcazaby. Również i tutaj musimy jednak trochę pokombinować. Prowadzący na szczyt szlak Integral de Sierra Nevada zakręca bowiem przy Laguna Hondera, a następnie biegnie całkowicie zaśnieżonym kotłem. Chcąc oszczędzić sobie dalszej ślizgawki, wybieramy opcję alternatywną – podejście zboczem szczytu Peñón del Globo (3 288 m n.p.m.), zamykającym dolinę od strony północnej.
Na przestrzeni następnych trzech kilometrów trawersujemy podmokłą podstawę doliny, podchodzimy na wspomniane zbocze oraz pokonujemy ponad 300 metrów różnicy wysokości. Teren nie sprawia jakichkolwiek problemów technicznych i jest dosyć oczywisty nawigacyjnie: idzie się po prostu po kamieniach w górę. Tym sposobem, po ok. godzinie drałowania po zboczu meldujemy się pod szczytem Peñón del Globo (3 288 m n.p.m.).





Z naszej obecnej perspektywy, cel jest już doskonale widoczny. Trzymając się po prawo od grani, schodzimy do niewielkiej przełęczy i rozpoczynamy obejście kolejnego pola śnieżnego. Momentami teren wymaga użycia rąk, ale w większości idziemy po tym, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić: na przemian po chybotliwych kamieniach i zmrożonym śniegu. W taki oto sposób, w kilka minut przed godziną 15 meldujemy się na trzecim co do wysokości szczycie pasma Sierra Nevada – na Alcazabie (3 369 m n.p.m.).
Wrażenia? Cóż tu wiele pisać – wierzchołek okazuje się tak wspaniały jak sama jego nazwa ;) (Alcazaby to arabskie warownie, wznoszone w Andaluzji w czasie panowania Maurów). Zdobycie szczytu przynosi mi mnóstwo spełnienia, satysfakcji i takiej zwykłej, ludzkiej radości. Co więcej, Alcazaba oferuje absolutnie fantastyczny widok na pobliski Mulhacén. Serio… najwyższy szczyt pasma wygląda z tej perspektywy wręcz obłędnie, można by na niego patrzeć i patrzeć… bez końca. Pomimo zmęczenia, cieszymy się jak dzieci, robimy sobie zdjęcia, chłoniemy momenty. Dla takich chwil się żyje, trenuje i zarabia pieniądze ;D.

Zanim przejdę po opisu zejścia, parę słów o tym, dlaczego poszliśmy właśnie tak, a nie inaczej. Z analizy mapy wynika bowiem, że pomiędzy Mulhacém a Alcazabą istnieją przynajmniej dwa inne warianty (jeden szlakowy, drugi nie), które pozwalają na zdobycie obu szczytów bez schodzenia aż do wysokości 2 950 m n.p.m. Odpowiedź jest prosta – nie byliśmy pewni co do warunków na odcinku graniowym (i chodzi tu zarówno o stałe trudności, jak i o aktualne warunki). Zejście do jeziora wydawało się bardziej bezpiecznie, zwłaszcza, że już na Mulhacénie widać było, że momentami jest lufa.


Długi powrót do Trevelez szlakiem żółtym
Na Alcazabie z lekka zmieniamy koncepcje odnośnie zejścia. Zamiast granią, postanawiamy bowiem wracać „na szagę”, bezpośrednio przez pole śnieżne. Pomysł okazuje się całkiem dobry, ponieważ już w kilkadziesiąt minut później ponownie meldujemy się na kamiennym zboczu, na wysokości ok. 3 210 m n.p.m., prawie 100 metrów poniżej wierzchołka Peñón del Globo. Od tej chwili schodzimy w taki sam sposób, w jaki żeśmy tutaj weszli.



Po godzinie od opuszczenia Alcazaby ponownie znajdujemy się w okolicy jeziora Laguna Hondera (ok 2 900 m n.p.m.), gdzie podejmujemy zejście szlakiem żółtym. Nachylenie terenu jest tu znaczne, dlatego utrata wysokości z początku idzie nam bardzo sprawnie. Przez dłuższy czas idziemy wzdłuż urokliwego potoku, zmienionego przez wody roztopowe w rwącą, porywistą rzekę z licznymi wodospadami.



Przestaje romantyzować piękne, roztopowe potoki dopiero wówczas, gdy raz po raz zostajemy zmuszeni, aby jeden z nich przeskoczyć. Z pierwszą taką sytuacją mierzymy się na wysokości ok. 2 800 m n.p.m., ale w tym przypadku zadanie jest na szczęście dosyć proste. Ot, jeden duży sus. Problem robi się nieco dalej, ok. 250 metrów niżej, gdy naturalną koleją rzecz potok jest już znacznie szerszy i bardziej rwący. Długo szukamy odpowiedniego miejsca, ale wszystkie co do jednego wydają się absolutnie nieodpowiednie, żeby skakać. W końcu zaciskamy więc zęby i… wchodzimy do zimnej, rwącej wody. Nie ukrywam – do przyjemnych doświadczeń to nie należało, a buty pozostają mokre jeszcze przez parę następnych kilometrów.


Wraz z utratą wysokości, szlak żółty stopniowo zmienia się z kamienistej pustyni na wielką, trawiastą łąkę. Schodzimy więc po wielorybim zboczu, bardzo podobnym do tego, od którego rozpoczynaliśmy naszą wędrówkę. Bardzo tu sielsko i uroczo, ale w pewnym momencie robi się już nieco monotonnie. Na wysokości ok. 2 400 m n.p.m. jednolitą linię krajobrazu zaburza niewielki schron turystyczny – Refugio vivac La Campiñuela, pomyślany – jak podejrzewam – na awaryjne noclegi czy załamania pogody.


Przez następną godzinę schodzimy po wygodnej ścieżce, pośród coraz wyższej roślinności. Na tym etapie zejścia praktycznie przez cały czas towarzyszą nam dwie rzeczy: widok na przeciwległy grzbiet Loma de Piedra Ventana ze szczytami o wysokościach przekraczających 2 500 m n.p.m. oraz chroniczny ból nóg i całego jestestwa. Oj, mocny był to trekking, zdecydowanie… Nic więc dziwnego, że pierwsze zabud0wania Trevelez witamy z wielkim entuzjazmem. Na parkingu ostatecznie meldujemy się o godzinie 18.40. Oznacza to, że cała wycieczka zajęła nam blisko 12 godzin ciągłego marszu… No cóż, była solidna wyrypka.
Szczęśliwie, dzisiejszy nocleg zarezerwowany mamy właśnie w Trevelez. Pozostaje więc tylko zameldować się, wskoczyć pod prysznic i uraczyć się zasłużonym tinto de verano w knajpce obok. Jest co świętować ;D.
Data wycieczki: 6 czerwca 2026 roku
Statystyki wycieczki: 28 km; 2 540 metrów różnicy wysokości
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to. Jeżeli interesuje Cię tematyka Korony Europy, sprawdź też moje wpisy o najwyższych szczytach Polski, Norwegii, Słowenii, Węgier i Andory.




