Piątego dnia naszego swaneckiego trekkingu żegnamy się z uroczą miejscowością Ushguli oraz rozpoczynamy długą drogę powrotną w kierunku Mestii. Przyszliśmy tu z północy, ale wracać będzie inaczej, pasmami biegnącymi na południe od głównej szosy. Tego dnia w planach mamy pokonanie odcinka z Ushguli do miejscowości Kala. Odcinek mierzy 25 kilometrów długości oraz wymaga pokonania aż 1 540 metrów różnicy wysokości. W czasie trekkingu przejdziemy pokaźną część Grzbietu Swaneti oraz zdobędziemy dwa wysokie szczyty: Gvibari (2 943 m n.p.m.) oraz Mount Rama (3 065 m n.p.m.). Zapraszam na relację!
Spis treści
- Wyjście z Ushguli
- Zamek Królowej Tamary w Ushguli
- Wędrówka przez Grzbiet Swaneti
- Szczyt Mount Rama (3 065 m n.p.m.)
- Zejście z Mount Rama i kontynuacja wycieczki
- Zejście do miejscowości Kala
- Miejscowość Kala
- Mapa wycieczki
Wyjście z Ushguli
Około godziny 8 rano ruszamy na południe szlakiem czerwonym. Pierwszy kilometr trasy wiedzie betonową drogą przez zabudowania Ushguli (ok. 2 100 m n.p.m.). Następnie odbijamy w lewo i podejmujemy marsz przez łąkę po dobrze widocznej ścieżce. Musimy tu przejść przez teren prywatny pewnego Gruzina, który (jak stanowi tabliczka na drewnianej skarbonce) życzy sobie za tę przyjemność opłaty 20 lari. Nie do końca wiemy czy to żart, oszustwo, czy prawda. Po krótkiej konsternacji przechodzimy przez drewnianą bramkę i patrzymy, czy ktoś zacznie nas ścigać. Jako że nasza obecność chyba nikogo nie zainteresowała, przechodzimy przez ogródek bez zapłaty.

Zamek Królowej Tamary w Ushguli
Po około dwóch kilometrach odbijamy w lewo ze szlaku, by odwiedzić górujący nad Ushguli zamek Królowej Tamar (ok. 2 300 m n.p.m.). Właściwie są to ruiny, do których prowadzi kilka wariantów wydeptanych przez wysokie trawy ścieżek. Jako że znajduje się on około 100 metrów wyżej niż szlak, a ja w nogach zdecydowanie czuję już trud ostatnich kilku dni, docieram na miejsce z niemałą zadyszką.
Choć nazwa przypisuje ruiny legendarnej królowej Tamar (panującej na przełomie XII i XIII wieku, w złotym wieku Gruzji), historycy spierają się co do jej dokładnego pochodzenia. Według lokalnych podań, twierdza była letnią rezydencją królowej, a niektórzy wierzą nawet, że to właśnie tutaj została ona potajemnie pochowana. Kompleks składa się z kilku charakterystycznych dla Swanetii wież obronnych oraz ruin murów. Został zbudowany z łupka, bez użycia zaprawy, co jest typowe dla średniowiecznego budownictwa w tym regionie. Dzięki swojej wyjątkowej architekturze obronnej oraz nienaruszonemu krajobrazowi kulturowemu, Twierdza Królowej Tamar wraz z całym zespołem osadniczym Górnej Swanetii została na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
Po zamku zostało naprawdę niewiele – kilka kamiennych murków i walących się wież. W akompaniamencie silnych promieni słońca, w otoczeniu kwiecistej łąki, budynek wygląda jednak całkiem urokliwie. Robimy tu krótką przerwę na przekąski, po której ruszamy w dół, aby ponownie znaleźć się na szlaku. Obieramy inną ścieżkę niż w pierwszą stronę, co okazuje się złą decyzją. Co prawda ostatecznie docieramy do szlaku, ale z przemoczonymi butami po przedzieraniu się przez zarośla przy potoku.

Wędrówka przez Grzbiet Swaneti
Następny etap dzisiejszej trasy to wspięcie się na grań o niezwykle oryginalnej nazwie – Grzbiet Swaneti. Podejście jest bardzo łatwe orientacyjnie oraz strome, ale przez to bardzo sprawne. Nie ma tu może wiele widoków na inne góry, ale oszałamiające wrażenie robi ogromna zielona przestrzeń i łąki aż fioletowe od niewielkich, ale pięknych kwiatuszków. Widok ten, chociaż nie do końca podobny, przypomina mi nieco Dolinę Chochołowską i tamtejsze krokusy. Tutaj jednak jesteśmy na wysokości prawie 3000 m n.p.m., a ciszę i samotność zakłóca jedynie bzyczenie owadów.



Dojście na szczyt Gvibari (2 943 m n.p.m.), będący jedną z kulminacji grzbietu Swaneti, przyjmuję z ulgą. Nie zmienia to jednak faktu, że już po kilku minutach odpoczynku dociera do mnie panujący tu chłód. Słońce schowało się za gęstymi chmurami zmuszając mnie do ubrania na siebie dosłownie wszystkich warstw jakie mogę znaleźć w plecaku, a i to tak nie zapewnia mi najlepszego komfortu. Co jest z nami, górołazami, nie tak? Choćbyśmy byli w najcieplejszym kraju zawsze wejdziemy na taką górę, żeby i latem było nam zimno :D.


Szczyt Mount Rama (3 065 m n.p.m.)
Teraz czeka nas około pięć kilometrów spaceru po grzbiecie, w całości pokrytym rozległą łąką. Trawy są w tym miejscu niskie, a ścieżka dobrze widoczna. W oddali przed nami majaczy wysoki szczyt, który wedle naszych podejrzeń stanowi najwyższy cel dzisiejszego dnia – Mount Rama (3065 m n.p.m.). Zbliżając się do tego wierzchołka coraz wyraźniej widzimy wyróżniający się spośród łąk skalisty grzebień. Aby zdobyć szczyt najpierw podążamy szlakiem okrążając go od południa. Ku naszej uciesze spotykamy w tym miejscu sporą grupę polskich turystów. Na marginesie, są to jedyni ludzie z jakimi spotykamy się tego dnia na szlaku.


Na wysokości około 2 950 m n.p.m., chcąc zdobyć wierzchołek Mount Rama, odbijamy ze szlaku na ścieżkę, która pnie się bardzo stromo w górę. Szybko okazuje się, że ślad widoczny na mapie nie do końca pokrywa się z rzeczywistością. Idziemy więc przez rozległą łąkę, mając wrażenie, że Mount Rama, mówiąc najłagodniej, nie jest najczęściej zdobywanym szczytem. Nawigacja jest jednak dosyć prosta – wierzchołek przez cały czas jest bardzo dobrze widoczny, więc nam po prostu pozostaje iść pod górę. Kiedy wreszcie docieramy do celu, na szczycie Mount Rama (3 065 m n.p.m.) odnajdujemy charakterystyczny, skalny kopczyk.

Na szczycie nie mamy zbyt dobrych widoków. Chmury co i rusz pozwalają zobaczyć pobliskie bezimienne szczyty, ale konsekwentnie coraz bardziej pochłaniają grań, na której właśnie się znajdujemy. Cieszymy się zatem samotnością, odpoczywamy w tym magicznym krajobrazie, ale nie rozsiadujemy się na szczycie na długo.

Zejście z Mount Rama i kontynuacja wycieczki
Pierwotny plan zakładał zejście do szlaku tą samą drogą, ale naszą uwagę zwróciła dalsza część grani, wiodąca w kierunku północnym. Wedle mapy wiedzie tam ścieżka. Nie widzimy jej, ale orientacja znowuż wydaje się oczywista. Grań jest lekko kamienista, co daje ciekawą odmianę od dotychczasowych grzbietów pokrytych wyłącznie łąkami. Jako, że wiedzie ona równolegle do szlaku, a jedynie lekko powyżej niego, szybko podejmujemy decyzję o spacerze „górą” licząc, że z pobliskiego szczytu rzeczywiście uda nam się zejść ścieżką, jak jest to oznaczone na mapie.

Grań jest lekko skalista, ale nie sprawia żadnych trudności technicznych. Dopiero przed następnym bezimiennym wierzchołkiem (o podobnej wysokości co Mount Rama) musimy lekko wspomóc się rękami, ale nadal przejście oceniłabym jako łatwe i przyjemne.

Oczywiście ścieżka zejściowa ponownie istnieje tylko na mapie, więc regularnie sprawdzając kierunek, schodzimy w stronę, gdzie spodziewamy się w końcu natrafić na szlak. Po około 15 minutach zejścia faktycznie docieramy do szerokiej ścieżki. Przyjmujemy ten fakt z ulgą, jako że chmury już zupełnie spowiły nas swoim mrokiem, zapewniając lekko niepokojący klimat, niczym z gry fantasy. Ciekawostką jest, że miejsce, w którym ponownie docieramy na szlak okazuje się być również dzikim polem campingowym. Faktycznie droga jest tu na tyle szeroka, że umożliwia przejazd quada lub samochodu 4×4.


Zejście do miejscowości Kala
Podążając ścieżką na zachód docieramy do punktu, gdzie czeka nas zejście z grzbietu w kierunku miejscowości Kala. Znajduje się tu niewielka kamienna kapliczka i jeziorko Latpari. Nad wodą góruje szczyt Mushuri 3142 m n.p.m., na który o dziwo biegnie wydeptana ścieżka (nie ma jej natomiast na mapie). Bardzo bijemy się z myślami, czy by nie skorzystać z tej niespodziewanej możliwości. Jednak, jako że widoczność mamy mniej więcej na kilkadziesiąt metrów, a sam wierzchołek jedynie na krótkie momenty przebija się przez kłębowisko chmur, ostatnie krztyny rozsądku wygrywają i powoli ruszamy w dół.

Droga do wioski Kala jest zwyczajnie nudna i nieprzyjemna. Prowadzi wzdłuż linii wysokiego napięcia, które postawiono w tym miejscu w niewiadomym dla mnie celu. Jest to na pewno droga robocza, dojazdowa i nie gwarantuje zbytnich wrażeń, poza mocno doskwierającym mi już bólem ramion. Miłą niespodzianką jest natomiast odsłonięcie się widoki odwiedzanego trzy dni wcześniej lodowca Adishi. Mozolna ścieżka w dół ma aż 10 kilometrów, na którym to dystansie traciły ok. 1000 metrów różnicy wysokości.


Miejscowość Kala
Pojawienie się asfaltu przyjmuję z niesamowitą ulgą. Jestem zmęczona i głodna – zapasy jedzenia na dzisiaj miałam bowiem co najwyżej „podstawowe”. Według mapy w wiosce znajdują się dwa sklepy. Szybko okazuje się, że w rzeczywistości nic takiego tu nie uświadczymy. Na szczęście znajdujemy jednak małą kawiarenkę, w której zamawiamy zimne picie oraz chaczapuri z serem (a cóż by innego).

Po solidnym posiłku ruszamy do miejsca, gdzie zarezerwowaliśmy nocleg. O zgrozo, wymaga to pokonania ponownie kilkudziesięciu metrów w górę. W końcu jednak, z pomocą lokalnych rolników, znajdujemy właściwe miejsce. Pensjonat wygląda na nowy i z pewnością nie cierpi na nadmiar gości. Widok z tarasu jest natomiast bardzo kojący i wprowadza mnie w zadumę nad własnymi wyborami życiowymi, które sprawiły, że ponownie spędzam noc w jakiejś opustoszałej dziurze, zamiast cieszyć się piwem, ciepłą kolacją i funkcjonującym sklepem w oddalonych o zaledwie kilka kilometrów turystycznych miejscowościach.
Niemniej jednak… jest dobrze! A już jutro ruszamy w dalszą część drogi powrotnej do Mestii.
Data wycieczki: 26 lipca 2025 roku
Statystyki wycieczki: 25 km; 1 540 metrów różnicy wysokości
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.

