Kyllini (2 376 m n.p.m.), zwana również Zirią, to drugi co do wysokości szczyt Peloponezu, ustępujący miejsca jedynie górze Profitis Ilias w paśmie Tajgetus. Wierzchołek znajduje się na granicy historycznych regionów Arkadii i Achai oraz oferuje fantastyczny widok na większą część północnej części Peloponezu, Zatokę Koryncką i Argolidzką oraz pasma górskie Fokidy. W mitologii greckiej góra uchodziła za miejsce narodzin boga Hermesa, syna Zeusa i nimfy Mai. Niesforny malec już jako niemowlę opuścił rodzinne zbocza, a następnie pomknął do Tesalii, gdzie ukradł święte stado wołów Apollina. Rozgniewany Apollo szybko odnalazł młodszego brata, lecz ten z właściwym sobie sprytem zdołał go udobruchać — podarował mu lirę, którą sam sporządził ze skorupy żółwia. Dorosły Hermes stał się patronem podróżnych, kupców, złodziei i pasterzy, a także posłańcem bogów. Pauzaniasz (rzymski pisarz, który zwiedzał Helladę w II w n.e.) pisał o górze tak: „Za mogiłą Ajpytosa dojdziesz do najwyższej z gór Arkadii, Kyllene. Na szczycie góry sterczą ruiny świątyni Hermesa Kylleńskiego. Jest rzeczą oczywistą, że to od Kyllena, syna Elatosa, góra otrzymała nazwę, a bóstwo przydomek” (Pauzaniasz, Wędrówka po Helladzie).
Zdobycie szczytu Kyllini może i nie jest wymagające kondycyjnie, ale potrafi sprawić sporo problemów nawigacyjnych. W czasie mojej wycieczki nie raz i nie dwa gubiłem poprawny wariant, niepotrzebnie dodając sobie dystansu i znacznie utrudniając marsz. Pomimo tego, wycieczkę na szczyt wspominam fantastycznie, a widoki z góry zapamiętam na bardzo długo. Zapraszam na relację ze zdobycia najwyższego szczytu północnego Peloponezu!
Spis treści
- Podróż z Koryntu pod górę Kyllini
- Kamienista wędrówka na Kyllini
- Szczyt Kyllini (2 376 m n.p.m.)
- Zejście z Kyllini
- Wizyta w Jaskini Hermesa
- Mapa wycieczki
Podróż z Koryntu pod górę Kyllini
Przedostatni dzień mojego samochodowego objazdu Grecji rozpoczynam dosyć wcześnie, albowiem krótko po godzinie 6. Szybkie ogarnianie, pakowanie pierdołek i jestem już gotowy, aby opuścić mój przytulny pensjonat w Koryncie. Jak to zwykle bywa o tej godzinie, w pierwszej kolejności szukam dogodnego miejsca na kawę. Szczęśliwym zrządzeniem losu otwarta kawiarnia mieści się od razu przy ruinach antycznego Koryntu (położonego kilka kilometrów od centrum dzisiejszego miasta o tej nazwie). Kilkadziesiąt minut później czuję, że upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu, ponieważ mogę raczyć się zarówno pożywnym espresso, jak i porannym widokiem na dobrze oświetloną świątynię Apollina oraz majaczące w dali ruiny cytadeli na wzgórzu Akrokoryntu.

Droga z Koryntu na parking pod górą Kyllini zajmuje mi ok. półtorej godziny. Całkiem świadomie rezygnuje z płatnej autostrady na rzecz drogi biegnącej bezpośrednio wzdłuż wybrzeża Zatoki Korynckiej. Może i dojadę pod górę kilkanaście minut później, ale co się na patrzę na morze to moje (a i trochę euro pozostanie w kieszeni). Mniej więcej w połowie drogi, za radą nawigacji skręcam w lewo. Od tej chwili sukcesywnie oddalam się od wybrzeża oraz nabieram kolejne metry wysokości. Na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, w akompaniamencie cudownej przyrody, zdobywam aż 1 500 metrów przewyższenia! Samochód zostawiam na parkingu, przynależnym do niewielkiego ośrodka narciarskiego Ziria (współrzędne geograficzne: 37.9484767N, 22.4295797E, wysokość: 1 500 m n.p.m.). Na rozległym placu na razie jestem całkiem sam, ale właściwie zdążyłem się już do tego w Grecji przyzwyczaić.



Kamienista wędrówka na Kyllini
Nie tracąc czasu, niemal punkt o godzinie 9, rozpoczynam wędrówkę na górę Kyllini. W tym celu korzystam ze szlaku czerwonego, który z początku prowadzi dosyć czytelnym śladem. Ścieżka oznakowana jest charakterystycznymi, plastikowymi kwadratami z czerwonym wypełnieniem i białą obwódką. Pierwsze półtora kilometra mija mi na łagodnym podejściu wśród traw, wyschniętych krzewów oraz opuszczonych zabudowań. Widok tych ostatnich wzbudza we mnie pewne obawy o możliwość nieprzyjemnego spotkania z bezpańskimi psami. Szczęśliwie jednak, żadnych problemów tutaj nie doświadczam. Nachylenie tymczasem rośnie, zmuszając mnie do bardziej ambitnego nabywania kolejnych metrów wysokości.



W tenże sposób, kilkadziesiąt minut po wyjściu z parkingu, szlak doprowadza mnie do schroniska Greckiego Stowarzyszenia Alpinistycznego – Grupy Korynckiej, położonego na wysokości 1 680 m n.p.m. Obiekt oferuje nocleg dla kilkunastu osób oraz dysponuje własną kuchnią turystyczną. Z zewnątrz budynek wygląda na dosyć zaniedbany, ale na jego betonowej werandzie dostrzegam dwóch, raczących się kawą turystów. Jak wygląda w środku, tego wam niestety nie powiem. Dziś trochę tego żałuję, ale wówczas na odwiedzenie obiektu zwyczajnie nie miałem ochoty (a być może zabrakło mi trochę odwagi?).

Według wersji mapy.com aktualnej na dzień sporządzenia niniejszego wpisu, ze schroniska turystycznego na szczyt Kyllini można dostać się w dwóch wariantach: oznakowanym szlakiem o długości 3,1 kilometrów oraz alternatywną, nieoznakowaną ścieżką, pozwalającą skrócić odległość o jedynie 300 metrów. Wybór zdaje się więc oczywisty: po cóż bowiem błąkać się pasterskimi traktami, jeśli oszczędność dystansu jest tak niewielka? Problem w tym, że na dzień mojej wizyty w masywie Ziria, czerwony szlak nie był jeszcze zaznaczony na mapie. Oba warianty były jedynie podłużnymi, szarymi kreskami, a co za tym idzie… wydawały mi się równie dobre. Z tego też względu, wybrałem ten krótszy.
Nieopodal schroniska, szczęśliwie odnajduje w terenie wybrany przeze mnie wariant wejściowy. Ścieżka wprawdzie istnieje i pokrywa się ze śladem oznaczonym na mapie, ale przez cały czas pozostaje bardzo niewyraźna. Na wysokości ok. 1 750 m n.p.m. orientuje się, że żadnego wydeptanego traktu już wokół mnie nie ma i postanawiam iść dalej na tzw. wyczucie. Podążam więc surowym, kamienistym zboczem, mozolnie nabywając ponad 300 metrów różnicy wysokości na dystansie jednego kilometra. Podejście zajmuje mi ok. 35 minut, a zapamiętuje je jako nawigacyjnie proste, ale jednocześnie dosyć uciążliwe i bardzo monotonne. Co ciekawe, wedle zapisu z zegarka, cały czas podążałem niemal równolegle z zaznaczoną na mapie linią – w odległości kilkudziesięciu metrów.


Szczyt Kyllini (2 376 m n.p.m.)
Na wysokości ok. 2 050 m n.p.m. dochodzę na wyraźne wypłaszczenie, na którym ponownie dostrzegam znaki szlaku czerwonego. Zauważam też czarną terenówkę, a niedługo później również jej właściciela – postawnego myśliwego ze strzelbą i dwoma dużymi psami. Cóż, nie jest to turysta, ale okazuje się, że kogoś jednak można spotkać w tych górach.


Przez moment podążam szeroką drogą gruntową, aby już w chwilę później odbić w lewo – na kolejny odcinek stromego podejścia. Pewnie nie będziecie przesadnie zaskoczeni, gdy napiszę, że na znakowanej ścieżce wytrzymuje raptem do wysokości ok. 2 250 m n.p.m., a następnie ponownie ją gubię. Na szczyt dochodzę więc „po swojemu”, samodzielnie wybierając najsensowniej wyglądające warianty. Jest to zadanie o tyle łatwe, że góra ma bardzo łagodną, zwalistą rzeźbę, pozbawioną jakichkolwiek trudności technicznych. Ot, trzeba iść przed siebie po stromym zboczu.


Na szczycie Kyllini (2 376 m n.p.m.) melduje się w chwilę po 11, a więc po dwóch godzinach intensywnego trekkingu. Na samym wierzchołku znajduje się betonowy słupek, a zaraz pod nim duże miejsce na ognisko. A widok? Jest wprost cudowny! Z Kyllini jak na dłoni widać, jak bardzo górzystą krainą jest Grecja. Gdzie by nie spojrzeć, tam mrowie pasm, setki wierzchołków, dziesiątki dolin… Na zachodzie na pierwszym planie majaczy sąsiedni masyw szczytu Psili Korifi (2 355 m n.p.m.), na północy – Zatoka Koryncka, a za nią góry Fokidy z Parnasem i Gioną na czele. Patrząc na wschód, dostrzegam wody Zatoki Argolidzkiej, a na południu, w oddali, wierzchołki najwyższego pasma Peloponezu – dzikich gór Tajgetus (wraz ze szczytem Profitis Ilias o wysokości 2 405 m n.p.m.). Jedna z lepszych panoram w całej mojej górskiej karierze, zapewniam Was…




Zejście z Kyllini
Po kilkudziesięciu minutach „ochów” i „achów”, rozpoczynam zejście ze szczytu Kyllini. Z początku wracam dokładnie tak, jak tutaj przyszedłem, a więc samodzielnie wytyczonym wariantem (po co zmieniać coś, co zadziałało?). Następnie, na wysokości 2 250 m n.p.m., z powrotem trafiam na znakowaną czerwonymi kwadratami ścieżkę. Przystaję na chwilę i spoglądam na górny przebieg szlaku… Ścieżka wprawdzie istnieje, ale jest na tyle mało wyraźna, że bardzo mocno zlewa się z otoczeniem. Z moją skłonnością do zamyśleń, o przeoczenie łatwo 😉.
Na przestrzeni kilkunastu minut schodzę na znajome wypłaszczenie na wysokości 2 050 m n.p.m., a następnie kontynuuję szlakiem czerwonym. Starając się zachować najwyższy poziom skupienia, mknę pośród brudnozielonej trawy oraz spalonych słońcem krzewów. Krajobraz może i surowy, ale zachwyt trzyma mnie dalej. Wyjazd do Grecji jest dla mnie pierwszą okazją do trekkingu w klimacie śródziemnomorskim, więc wszystkie tutejsze roślinki wydają mi się nowe, niezwykłe i szalenie interesujące.



Na wysokości ok. 1 900 m n.p.m. szlak czerwony odchodzi w lewo, z powrotem w kierunku schroniska. Ja tymczasem kontynuuję prosto, obierając wcześniej wybrany wariant zejściowy. Zapytacie – po co chodzić jakimiś dziwnymi ścieżynkami, skoro istnieje znakowany szlak? Otóż przypominam, że w czasie mojego wyjazdu wszystkie okoliczne dróżki widniały na mapy.com jako zwykłe, szare kreski. Poza tym… obrany przeze mnie wariant również jest znakowany charakterystycznymi, czerwonymi kwadratami. Pomieszanie z poplątaniem… A jaki z tego morał? Gdyby ruszać w góry Peloponezu na dłużej, koniecznie trzeba zaopatrzyć się w lokalne mapy.
Co prawda przez jakiś czas trzymam się nowo obranej ścieżki, ale już na wysokości 1 800 m n.p.m. ponownie ląduje na manowcach. Kontynuuję więc na wyczucie, idąc w takim kierunku, aby możliwie szybko połączyć się z wcześniej ustalonym wariantem. Trochę zaczyna mnie już irytować moje dzisiejsze gapiostwo, ale staram się skupiać na pozytywach: pięknej, słonecznej pogodzie, otaczającej mnie przyrodzie oraz arcyciekawym audiobooku na słuchawkach (cały wyjazd do Grecji upływa mi pod znakiem „Sagi o wiedźminie” Andrzeja Sapkowskiego!).



Wizyta w Jaskini Hermesa
Koniec końców, docieram do szerokiej drogi gruntowej, na której powinienem znaleźć się już dobre kilkadziesiąt minut wcześniej. Na wysokości ok. 1 650 m n.p.m. ścieżka się zwęża oraz rozwidla w dwóch kierunkach. W lewo odchodzi wariant, który dobija do tego odcinka szlaku, od którego rozpocząłem dzisiejszą eskapadę. Ja obieram natomiast dróżkę biegnącą w prawo, która wedle mapy powinna mnie doprowadzić do dolnych zabudowań kompleksu narciarskiego Ziria.

Na tym etapie wycieczki, przy dróżce dostrzegam pogięty drogowskaz z napisem „Hermes Cave”. Zaintrygowany podążam wąską ścieżką, która po kilku minutach w istocie doprowadza mnie do sporej dziury w ziemi. Nazwa sugeruje, że oto stoję przed tą słynną grotą na zboczach Kyllini, w której to nimfa Maja wydała niegdyś na świat jednego z najsprytniejszych bogów Olimpu. Chętni śmiałkowie mogą eksplorować wnętrze jaskini na własną rękę, przy pomocy umieszczonej w tym miejscu liny. Ponieważ ja na takie wyzwanie nie czuję się dzisiaj gotowy, obracam się na pięcie i wracam tam, skąd przyszedłem.


Na początku odcinka spod Jaskini Hermesa do kompleksu Ziria również dostrzegam charakterystyczne, czerwone oznakowania szlakowe (z tymże tym razem w kształcie koła). Kontynuując jednak dzisiejszą tradycję, gubię również i ten wariant, szybko zagłębiając się w stromym i niegościnnym terenie. Po kilkudziesięciu minutach przedzierania się przez knieje, wychodzę wreszcie na otwartą trasę narciarską. Wkrótce potem dobijam do drogi asfaltowej oraz, po prawie pięciu godzinach wędrówki, domykam pętle. Czy dałoby się szybciej? Z całą pewnością, ale trzeba byłoby tyle nie błądzić :D. Co by jednak nie było, lecę dalej z moją grecką objazdówką. Odpalam więc silnik i obieram kurs na wschód. Epidauros samo się nie odwiedzi!
Data wycieczki: 25 października 2025 roku
Statystyki wycieczki: 12,5 kilometra; 1 060 metrów różnicy wysokości
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.



