Galdhøpiggen (2 469 m n.p.m.) to najwyższy szczyt Norwegii, Gór Skandynawskich oraz całej Europy Północnej. Położony jest w Parku Narodowym Jotunheimen, znanym z rozległych lodowców, przepięknych jezior i dolin oraz bezkresnych, kamiennych pustyni. Szczyt znajduje się w centralnej części Norwegii, ok. 350 km od Oslo. Galdhøpiggen należy do Korony Europy.
SPIS TREŚCI:
- Galdhøpiggen – informacje praktyczne
- Nauka cierpliwości w dolinie Visdalen
- Droga na Galdhøpiggen wariantem ze Spiterstulen
- Szczyt Galdhøpiggen – na dachu Norwegii
- Mapa wycieczki
- Galdhøpiggen – krótka historia ludzkiej eksploracji
Galdhøpiggen – informacje praktyczne
Najpopularniejszą bazą wypadową dla wycieczek na Galdhøpiggen jest prywatne schronisko turystyczne Spiterstulen (1111 m n.p.m.) położone w dolinie Visdalen. Obiekt dysponuje miejscem noclegowym dla ok. 280 gości, sporą jadalnią, własnym polem campingowym oraz łazienką z ciepłym prysznicem. Schronisko nie jest obiektem całorocznym. W 2024 roku było czynne od 15 marca do 5 maja oraz od 31 maja do 29 października. Do schroniska doprowadzona jest asfaltowa droga, dlatego do obiektu można bez problemu dojechać własnym samochodem. Problemem mogą być jedynie koszty: zapłacić trzeba zarówno za sam wjazd na drogę, jak i za miejsce parkingowe przy Spiterstulen.
W Norwegii istnieje możliwość legalnego rozbijania się w dowolnym punkcie, jedynie pod tym warunkiem, że zostawimy miejsce w takim stanie, w jakim je zastaliśmy. W przypadku doliny Visdalen musimy jednak mieć na względzie to, że Spiterstulen ma coś w rodzaju wyłączności na organizowanie noclegów w promieniu jednego kilometra od obiektu. Aby rozbić się za darmo, musimy więc po prostu oddalić się od schroniska na odpowiednią odległość.
Ze Spiterstulen na Galdhøpiggen prowadzi znakowany szlak turystyczny. Trasa jest dosyć wymagająca kondycyjnie, ale nie wymaga przejścia przez lodowiec (a co za tym idzie – zabierania ze sobą dodatkowych kilogramów sprzętu). Szlak ze schroniska na sam szczyt liczy sobie 6 kilometrów długości oraz wymaga pokonania 1400 metrów różnicy wysokości. Trasa umożliwia zdobycie, poza Galdhøpiggen, także dwóch innych dwutysięczników – Svellnose (2272 m n.p.m.) oraz Keilhaus topp (2355 m n.p.m.). To właśnie ten wariant zostanie przeze mnie opisany w niniejszym wpisie.
Alternatywna trasa na Galdhøpiggen wiedzie ze schroniska Juvasshytta (1 841 m n.p.m.), najwyżej położonego schroniska turystycznego w Norwegii oraz na całym Półwyspie Skandynawskim. Pomimo znacznej wysokości, również i tam doprowadzono asfaltową drogę. Wariant z Juvasshytta przebiega przez lodowiec Styggebrean, toteż jego pokonanie wymaga posiadania odpowiedniego sprzętu oraz umiejętności jego używania. Z tego powodu, szlak ten jest dostępny dla turystów wyłącznie w towarzystwie miejscowego przewodnika. Z innych ciekawostek: przy schronisku turystycznym Juvasshytta znajduje się stacja dolna wyciągu narciarskiego. Jak nietrudno zgadnąć, jest to najwyżej położony ośrodek narciarski w Skandynawii.
Więcej informacji praktycznych o podróżowaniu i obozowaniu w górach Jotunheimen znajdziesz w dedykowanym poście. Jeżeli natomiast szukasz informacji o historii eksplorowania Galdhøpiggen, znajdziesz je na końcu niniejszego artykułu.
Nauka cierpliwości w dolinie Visdalen
Tego dnia budziki dzwonią o bardzo wczesnej godzinie. Nic w tym dziwnego: plan na ten dzień mamy bowiem niezwykle ambitny. Ponieważ przedwczoraj mocne opady deszczu zatrzymały nas na cały dzień w dolinie Veodalen, dzisiaj chcemy z rana zdobyć najwyższy szczyt Norwegii, a po południu przesunąć jeszcze obozowisko o kilkanaście kilometrów.
No tak, plany swoje, rzeczywistość swoje. Poranek wita nas kolejnym opadem deszczu oraz całkowitym zachmurzeniem. W naszym obozie zapanowała lekka konsternacja. Wszyscy mamy bowiem świadomość, że pchać się do góry w takich warunkach nie ma sensu, ale jednocześnie z każdą godziną zwlekania mamy mniejsze szanse na zrealizowanie dzisiejszego planu. Ostatecznie wygrała opcja racjonalna. Po analizie prognozy pogody decydujemy się przesunąć wyjście na Galdhøpiggen na dzisiejsze popołudnie oraz lekko modyfikujemy plan na nasze pozostałe dni w Jotunheimen. Pewien komfort przy planowaniu daje nam długość norweskiego dnia. Ciemno robi się dopiero ok. godziny 23, dlatego możemy sobie pozwolić na zdobycie najwyższego szczytu Norwegii w takich warunkach, w jakich sobie to wymarzyliśmy.
Ok, a więc znów odpoczywamy! Część z nas wykorzystuje ten moment, aby po raz kolejny odwiedzić pobliskie prywatne schronisko Spiterstulen. Jest to zresztą bardzo znane miejsce wśród pasjonatów podróżowania po Jotunheimen. Właściciele obiektu przekonują, że w odległości jednego dnia trekkingu od Spiterstulen pozostaje aż siedemnaście szczytów górskich, mierzących ponad 2300 m n.p.m. My Spiterstulen wykorzystujemy głównie do podbudowania naszych zapasów wody oraz… żelków. Co do tych ostatnich to w Norwegii trzeba jednak bardzo uważać. Pamiętajmy bowiem, że bardzo popularnym smakiem tutejszych żelków jest czarna jak smoła lukrecja…
Czekanie na odpowiednie warunki to także dobra okazja, aby w pełni docenić uroki miejsca, w jakim obecnie się znajdujemy. Dolinę Visdalen zapamiętam jako jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie dane mi było zobaczyć podczas naszej norweskiej wyprawy. A warunki? Warunki jakby faktycznie z godziny na godzinę ulegają stopniowej poprawie. Przestaje padać, a chmury zaczynają się nieco podnosić. Z nadzieją patrzymy więc w niebo, a całe to czekanie powoduje, że czujemy nutkę ekscytacji.




Droga na Galdhøpiggen wariantem ze Spiterstulen
Ostatecznie wyruszamy z obozowiska kilka minut po godzinie 17. Szybkim tempem pokonujemy jedyny płaski odcinek – kilometr od naszych namiotów do schroniska Spiterstulen. Następnie, przechodzimy przez mostek nad rzeką Visą i właściwie z marszu rozpoczynamy właściwe podejście. Od razu widać, że szlak jest uczęszczany częściej niż pozostałe trasy w parku narodowym Jotunheimen. Na początkowym etapie wędrówki idziemy bowiem wygodną i szeroką ścieżką, pnącą się zakosami po stromym zboczu. Szlak oznaczony jest literkami „T”, wymalowanych na kamieniach czerwoną farbą. Wraz z nabywaną wysokością, z trasy otwiera się ciekawa panorama widokowa na dolinę Visdalen oraz górujący nad Spitestulen masyw Spiterhøe (2033 m n.p.m.).
Im jesteśmy wyżej, tym otoczenie wokół nas robi się coraz bardziej surowe. O ile na dnie doliny można było dopatrzeć się pojedynczych drzew, tak na wysokości ok. 1500 m n.p.m. jedynym elementem krajobrazu są wszędobylskie kamienie. Z każdym metrem wydeptana ścieżka wyróżnia się coraz mniej aż ostatecznie całkowicie znika. Idziemy więc bezkresną, skalistą pustynią, uważnie wypatrując umorusanych czerwoną farbą kopczyków. Mija ok. półtorej godziny podejścia, gdy na naszej trasie zaczynają pojawiać się pierwsze płaty niestopionego śniegu. Jeden z takich płatów przyjdzie nam zresztą nawet przekroczyć.
Podejście przez cały czas jest dosyć wymagające kondycyjnie. Wprawdzie idziemy na lekko, ale prawie 1400 metrów różnicy wysokości na 6 kilometrach robi swoje (dla porównania – trasa z Kuźnic na Świnicę wymaga pokonania podobnej różnicy wysokości, ale na 9 kilometrach). Zadania nie ułatwia też nierówne, kamieniste podłoże, wymagające utrzymywania skupienia przy każdym kroku. Na podejściu nie ma natomiast żadnych trudności technicznych. Rąk używamy jedynie sporadycznie i to wyłącznie w partiach szczytowych.





Około godziny 20 meldujemy się na pierwszym szczycie dzisiejszego dnia – na Svellnose (2 272 m n.p.m.). Pomimo sporego zachmurzenia, z wierzchołka dostrzegamy cielska dwóch potężnych lodowców: po lewo znajduje się Svellnosbrean, a po prawo Styggebrean. Sam tylko Styggebrean rozciąga się na powierzchni aż 5 kilometrów kwadratowych, a więc jest prawie 10 razy większy od największego lodowca Pirenejów, Aneto. Podczas schodzenia z Svellnose mamy okazję przejść się skrajem tej potężnej zmarzniętej masy. Szczerze? Czuję lekką dumę. Tak się składa, że to już czwarty rok z rzędu, jak spędzam wakacje na lodowcu. No i cóż, patrząc na te majestatyczne białe połacie dochodzę do wniosku, że nie zamierzam tej pięknej serii przerywać.
Idziemy teraz krótkim odcinkiem graniowym. Schodzimy do płytkiej przełęczy (2250 m n.p.m.), aby chwilę później z powrotem podchodzić na drugi szczyt dzisiejszego dnia – Keilhaus topp (2 355 m n.p.m.). Nie ukrywam, zaczynamy się trochę spieszyć. Zegarki na rękach nieubłaganie przypominają nam, że nawet biorąc pod uwagę tutejsze długie dni to jest już dosyć późno. Z Keilhaus topp widzimy już główny cel dzisiejszej wycieczki – owinięty gęstą chmurą dach Norwegii.





Szczyt Galdhøpiggen – na dachu Norwegii
Pomiędzy Keilhaus topp a Galdhøpiggen mamy okazję przejść parę kroków po niewielkim odcinku lodowca Styggebrean. A potem? A potem to już ostatnie 100 metrów różnicy wysokości, końcowe fragmenty kamienistego podejścia i mamy to! Jesteśmy na najwyższym szczycie Norwegii! Mamy godzinę 21, a więc cała wędrówka z obozowiska za Spiterstulen zajęła ok. cztery godzinki.
Na szczycie znajduje się niewielki, kamienny schron – Knut Voles Hytte. Za dnia sprzedawane są tutaj smakołyki i napoje bezalkoholowe, ale o 21 miejsce jest już oczywiście dawno zamknięte. Budynek powstał w 1975 roku, a nazwany został na cześć wybitnego przewodnika górskiego po Jotunheimen – Knuda Olsena Vole. Zasłynął on m.in. założeniem schroniska Juvasshytta oraz dokonaniem w 1888 roku pierwszego zimowego wejścia na Galdhøpiggen.
W Internecie można wyczytać, że w pogodne dni z Galdhøpiggen rozciąga się panorama widokowa na teren o powierzchni przekraczającej 35 000 kilometrów kwadratowych (to mniej więcej tyle ile wynosi powierzchnia całego województwa mazowieckiego). Choć nie możemy cieszyć się taką widocznością, to w porównaniu do porannych warunków naprawdę nie mamy powodów do narzekań. Spod gęstych chmur od czasu do czasu wyłaniają się bowiem widoki na otaczające szczyt lodowce (a w szczególności na sąsiadujący z Galdhøpiggen od zachodu Storjuvbrean).
Po spędzeniu ok. piętnastu minut na szczycie, ruszamy w drogę powrotną. Schodzimy w taki sam sposób, w jaki się tutaj dostaliśmy. Ponownie pokonujemy więc niewielki fragment lodowca oraz odcinek graniowy, biegnący przez szczyty Keilhaus topp i Svellnose. Schodzenie w kamienistym terenie wymaga zachowania ciągłej koncentracji, dlatego nasze tempo zejściowe nie jest zbyt imponujące. Swoje trzy grosze dokłada też… coraz lepsza pogoda! Chmury powoli się rozchodzą, odsłaniając coraz więcej szczegółów otaczającego nas krajobrazu.




Widoczność poprawia się do tego stopnia, że kilka minut po godzinie 22, na Svellnose, po raz pierwszy tego dnia dostrzegamy Słońce. Przystajemy i zajmujemy wygodne miejsca, bo oto Natura zaprasza nas na jeden ze swoich najpiękniejszych spektakli. Przez kilkanaście cudownych minut obserwujemy masyw Galdhøpiggen w blasku zachodzącego Słońca. Jest magicznie! A jakby tego było mało, tuż obok nas pojawia się niezwykle wyraźne i zachwycające w swojej tajemniczości widmo Brockenu.
Spektakl, krótkie katharsis i pora wracać do rzeczywistości! Przemy więc ponownie przez kamienną pustynię, mozolnie tracąc kolejne metry wysokości. Monotonne zejście ubarwiamy sobie pasjonującą rozgrywką w 3P. Uwierzcie, im jesteśmy niżej, tym hasła robią się coraz dziwniejsze… Dzięki równomiernie rozmieszczonym kopczykom, obranie właściwego kierunku marszu nie sprawia większych problemów. No dobra… nie sprawia problemów większości z nas, bo ja osobiście dosyć często ląduje poza szlakiem. Jeżeli więc tak jak ja należycie raczej do tych roztargnionych to lepiej nie wysuwajcie się tutaj na prowadzenie :-).
Zmrok zapada parę minut po godzinie 23. Nie są to może egipskie ciemności, ale decydujemy się na wyjęcie latarek. Do naszego obozowiska docieramy nieco po północy – zmęczeni, ale zadowoleni.
Data wycieczki: 24 lipca 2024 roku
Statystyki wycieczki: 14 km, 1400 metrów różnicy wysokości
Kolejną część opisu naszych wakacji w Jotunheimen znajdziesz pod tym linkiem.





Mapa wycieczki
Galdhøpiggen – krótka historia ludzkiej eksploracji
Rozumiem, że nie każdy jest miłośnikiem historii, dlatego informacje na ten temat umieściłem na końcu mojego wpisu. Mimo to serdecznie zachęcam do lektury. Jeśli kogoś interesują takie ciekawostki, z pewnością znajdzie tu coś dla siebie.
Za najwyższy szczyt Norwegii przez wiele lat uchodziła Snøhetta (2 286 m n.p.m.) w paśmie Dovrefjell. Góra ta jest bowiem doskonale widoczna z trasy Oslo – Trondheim, podczas gdy surowe i niegościnne Jotunheimen przez długi czas pozostawało nieodkryte. Z tego powodu, pierwszego wejścia na Snøhettę dokonano już w 1798 roku, czyli w czasie gdy o Galdhøpiggen mało kto jeszcze słyszał.
W 1844 roku pierwszej próby wejścia na Galdhøpiggen podjął się słynny norweski geolog, Baltazar Mathias Keilhaus wraz z dwoma studentami. Nie była to już wówczas postać anonimowa. Keilhaus uczestniczył bowiem w słynnej wyprawie badawczej w 1820 roku, która przeszła do historii jako „odkrycie Jotunheimen”. Niestety, próba zakończyła się niepowodzeniem. Ze względu na fatalne warunki pogodowe, Keilhaus podjął decyzję o wycofaniu się. Najwyższy punkt, na który badacz wówczas dotarł nazwano w późniejszym czasie jego imieniem – jest to znany nam już Keilhaus topp.
Galdhøpiggen pozostał niezdobyty jeszcze przez sześć długich lat. W 1850 roku dziewiczego wejścia dokonali lokalni mieszkańcy – Steinar Sulheim, Ingebrigt N. Flotten oraz Lars Arnesen.
Steinar Sulheim to zresztą całkiem ciekawa postać. W 1844 roku założył górską farmę Spiterstulen, do której z czasem dobudował dodatkowy aneks dla turystów. Sulheim jako jeden z pierwszych dostrzegł turystyczny potencjał Jotunheimen i postanowił go nieco zmonetaryzować. Steiner zmarł w 1856 roku, ale jego wizja przetrwała. Potomkowie pierwszego właściciela kontynuowali dzieło przekształcenia górskiej farmy w schronisko turystyczne. Wraz z rosnącą popularnością Jotunheimen, rosło także i Spiterstulen. Co ciekawe, obiekt w dalszym ciągu prowadzony jest przez potomków Steinara Sulheima. Obecnie jest to siódme oraz ósme pokolenie.
Jak już zostało wyżej wspomniane, pierwszego zimowego wejścia na Galdhøpiggen dokonał legendarny przewodnik, Knud Olsen Vole w 1888 roku.
Wraz z rozwojem nowoczesnych technologii pomiarowych, Norwegowie przestali mieć wątpliwości co do tego, że najwyższy szczyt ich kraju znajduje się w górach Jotunheimen. Do niedawna nierozwiązaną kwestią pozostało jednak – który dokładnie? Poza Galdhøpiggen pretendentem do zaszczytnego tytułu dachu Skandynawii był bowiem pobliski Glittertind. Cały problem zasadzał się na tym, że w odróżnieniu do Galdhøpiggen, Glittertind pokryty był niegdyś 30-metrową warstwą lodowca. Bez lodowca miał on 2 452 m n.p.m., a z uwzględnieniem wiecznej zmarzliny – 2 481 m n.p.m. Powstał więc problem definicyjny – gdzie kończy się szczyt? Tam gdzie najwyższy punkt skały, czy tam, gdzie najwyższy punkt pokrywającego górę lodowca? Można powiedzieć, że problem rozwiązał się sam. W związku z ociepleniem klimatu, lodowiec na szczycie Glittertind na przestrzeni ostatnich stu lat stopniowo się kurczył, aż wreszcie, we wrześniu 2023 roku ostatecznie stopniał. Galdhøpiggen wyszedł więc zwycięsko z boju o palmę pierwszeństwa w Skandynawii, a pokonany Glittertind pokornie musi zadowolić się srebrnym medalem. Tylko lodowca trochę żal…
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.

5 thoughts on “Galdhøpiggen (2 469 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Norwegii”