Col Rodella (2 484 m n.p.m.) to jeden z wielu zielonych szczytów, które z każdej strony okalają miejscowość Canazei – znany kurort we włoskich Dolomitach. Wierzchołek oferuje przepiękne widoki na pobliskie giganty – skalny mur Piz Boè (3 152 m n.p.m.) oraz strzelisty Langkofel (3 181 m n.p.m.). Col Rodella pochwalić się może również szerokim wyborem schronisk turystycznych: jedno znajduje się tuż pod szczytem, drugie bezpośrednio na nim. Na sam wierzchołek dostać się można na dwa sposoby: wariantem trekkingowym bądź krótką via ferratą. Niniejszy wpis będzie dotyczyć pierwszej z wymienionych dróg. Zapraszam serdecznie!
Dzisiejszą wycieczkę rozpoczynamy ok. godziny 8.40. Wychodzimy bezpośrednio z naszego campingu – Campingu Marmolada w Canazei, położonego na wysokości ok. 1 440 m n.p.m. Przez pierwsze kilkanaście minut przemierzamy ulice tej uroczej, alpejskiej miejscowości. Wioska prezentuje się jak z obrazka – barwne fasady przydrożnych domów, wszędobylskie, kolorowe kwietniki, a wszystko to otoczone mnóstwem monumentalnych, skalistych szczytów.


Niespełna 1,5 kilometrów od wyjścia z campingu opuszczamy zabudowania Canazei i obieramy szlak turystyczny nr 530. W tym momencie rozpoczynamy właściwe podejście – początkowo drogą asfaltową, później gruntową, aż wreszcie – klimatyczną, leśną ścieżką. Nachylenie jest znaczne od samego początku i pozostaje takie aż do samego końca. Wejście na Col Rodella wymaga bowiem pokonania aż 1 000 metrów różnicy wysokości na dystansie zaledwie 4 kilometrów. Dla porównania, bardzo podobne statystyki ma podejście na Rysy znad Morskiego Oka. O ile jednak na najwyższy szczyt Polski idziemy w dużej mierze po skale, tak tutaj podejście ma charakter wyłącznie trekkingowy (o ile oczywiście nie wybierzecie wariantu przez ferratę). Idzie się więc zmęczyć, ale moim zdaniem – jak najbardziej warto.
500 metrów różnicy wysokości wyrabiamy na urokliwej, leśnej ścieżce. Szlak być może nie ma w sobie nic szczególnie wyjątkowego, ale dzięki intensywnie zielonej roślinności, spacer nim wspominam jako doświadczenie niezwykle przyjemne.



Na otwarty teren wychodzimy na wysokości ok. 1 950 m n.p.m. Widoki są stąd fantastyczne, a rozciągają się w kierunku południowym i południowo-wschodnim. W obrębie wzroku mamy całe Canazei, okalające miejscowość szczyty oraz, przede wszystkim, nasz wczorajszy cel – masyw Marmolady z jedynym w Dolomitach lodowcem. Wszystko to prezentuje się zachwycająco, ale szybko okazuje się, że Col Rodella ma do zaoferowania znacznie więcej. Zaledwie kilka minut później przed naszymi oczyma otwiera się imponująca panorama na monumentalny skalny mur Piz Boè. Co tu dużo mówić – tu jest po prostu jak w bajce. Pozostaje tylko położyć się na trawie, wystawić pyszczek w kierunku popołudniowego słońca i karmić się tą niezwykłą chwilą.




Szlak turystyczny nr 530 w dalszym ciągu biegnie rozległą, alpejską łąką, ale przybiera teraz formę gruntowej, wyjeżdżonej drogi. W tenże sposób, mozolnie wspinając się po stromym zboczu, dochodzimy do pierwszego schroniska turystycznego na dzisiejszej trasie – Rifugio des Alpes (2 440 m n.p.m.). A tam? A tam zachwycamy się po raz kolejny… Przy schronisku naszym oczom ukazuje się bowiem kolejny piorunujący widok – tym razem na strzelistą bryłę pobliskiego szczytu Langkofel (3 181 m n.p.m.). Góra prezentuje się wprost fantastyczne, jakby wprost wyjęta z pocztówki bądź folderu promocyjnego. Wielkie, naprawdę wielkie wow!


Rifugio des Alpes położone jest w bezpośrednim sąsiedztwie stacji górnej dwóch kolei krzesełkowych, co, jak podejrzewam, czyni go bardzo popularnym i zatłoczonym miejscem w sezonie zimowym. Dzisiaj schronisko jest jednak puściutkie, a również i my nie poświęcamy mu zbyt wiele czasu. Col Rodella jest już bowiem naprawdę blisko! Zanim dojdziemy na szczyt, trafimy jeszcze pośród samotne zabudowania infrastruktury narciarskiej, wśród których to natkniemy się na… świstaka! Wprawdzie gryzoń ucieka zaraz po powzięciu świadomości o naszej obecności, ale przez krótką chwilę majaczy przed nam przed oczyma. Na dłuższą chwilę zastygamy w ciszy, chcąc zachęcić zwierzątko do ponownego ukazania nam swojego pyszczka. Świstak pozostaje jednak nieugięty, a nam pozostaje kontynuować podejście.
Zdobycie ostatnich metrów różnicy wysokości nie sprawia nam większych problemów – na sam szczyt Col Rodella poprowadzono bowiem elegancki, wybrukowany chodnik. Niedługo przed szczytem zauważamy odbicie w lewo – na ścieżkę dojściową do ferraty. Żelazna droga została poprowadzona przez skalistą, północną ścianę Col Rodella. Ferrata jest bardzo krótka, ale do najłatwiejszych nie należy – trudności dochodzą do C/D (w skali od A do F). Wedle internetowego przewodnika bergsteigen.com, na przejście drogi należy sobie rezerwować ok. 40 minut. Szczegółowe topo podsyłam pod tym linkiem.




Na szczycie Col Rodella (2 484 m n.p.m.) jesteśmy kwadrans przed godziną 13, a więc ok. 4 godziny od opuszczenia Canazei. Na samym wierzchołku znajduje się kolejne schronisko turystyczne – Rifugio Col Rodella. Drugie piętro obiektu stanowi duży taras widokowy, oferujący niesamowite widoki we wszystkie strony świata. Panorama obejmuje dziesiątki różnokształtnych wierzchołków, ale, jak to najczęściej bywa, najwięcej uwagi zbierają te najwyższe – Punta Penia, Piz Boè oraz Langkofel. W schronisku robimy sobie krótką przerwę na tiramisu i łyk odżywczego espresso. Swoją drogą, gdziekolwiek by w Dolomitach nie pójść, kawa jest w bardzo przystępnej cenie. Za espresso płacimy ok. 1,5 euro, czyli znacznie mniej niż w większości polskich schronisk.





Z Col Rodelli schodzimy z powrotem do Rifugio des Alpes. Następnie jednak co nieco zmieniamy i obieramy szlak turystyczny nr 529. Schodzimy południowymi zboczami Col Rodelli, w towarzystwie bajkowego widoku na strzeliste wieże masywu Langkofel. Co ciekawe, zasięgu wzroku mamy aż… trzy kolejne schroniska! Co jak co, ale na infrastrukturę turystyczną narzekać się tutaj nie da. Poza tym, gdzie by nie spojrzeć, tam widać rozległe, otwarte łąki oraz pnące się po nich wyciągi narciarskie. Jedno jest pewne – Canazei musi być przednim kurortem zimowym.
Na wysokości ok. 2 300 m n.p.m. skręcamy w prawo – w szlak turystyczny nr 557, fragment długodystansowego Alta Via 9. Na krótkim dystansie mijamy Baita Miara Hütte, Rifugio Salei oraz Carlo Valentini Hut. Przy ostatnim z wymienionych schronisk (czy może bardziej restauracji?), skręcamy w prawo, w szlak turystyczny nr 655.




Przed nami dłuższy odcinek zejściowy, zakładający utratę 730 metrów różnicy wysokości na dystansie 6 kilometrów. Przez kilkadziesiąt minut idziemy przepiękną drogą gruntową, poprowadzoną wprost przez zielone, trawiaste łąki. Z górnej części trasy największe wrażenie robi widok na masyw Marmolady, z dolnej – Piz Boe. Pomimo, że na obie wspomniane góry napatrzyliśmy się już dzisiaj co niemiara to jednak panoramy w dalszym ciągu zachwycają i skłaniają do kompulsywnego odpalania aplikacji aparatu w telefonie.
Na wysokości ok. 1 750 m n.p.m., po ok. 3 kilometrach marszu od ostatniego rozdroża, docieramy do pierwszych zabudowań miejscowości Canazei. Szlak turystyczny nr 655 przechodzi obok stacji dolnej kolei gondolowej Pradel – Rodella, a następnie ponownie znika w lesie. Czeka nas teraz ostatni kilometr odczuwalnej utraty wysokości – na przemian wśród drzew i otwartych łąk.




W taki sposób, szlak doprowadza nas na dno Val de Antermon (dolinki na tyle wąskiej, że błędem nie byłoby użycie słowa „wąwóz”). Przez najbliższe półtorej kilometra schodzimy łagodną, gruntową drogą. Wydaje się, że jest to odcinek dosyć uczęszczany, ponieważ podczas naszej drogi mijamy liczne grupy turystów. Uważać trzeba natomiast na rowerzystów, których całkiem spora liczba zjeżdża z drogi ze znaczną prędkością. Z doliny wychodzimy wprost wśród właściwe zabudowania Canazei. Koniec trekkingu witamy z ulgą, ponieważ prognozy pogody na dzisiejsze popołudnie się potwierdzają i z zachmurzonego nieba padają już pierwsze krople deszczu.



Trasę kończymy w uroczej pizzerii, działającej w lokalu naprzeciwko Campingu Marmolada. Dalsza część popołudnia upływa nam na pałaszowaniu pizzy oraz raczeniu się względnie tanim aperolem. Osobiście wybieram wariant ze speckiem – lokalną, tyrolską odmianą szynki. Wieczorem wracamy na nasz camping i rozpoczynamy wstępnie pakowanie się. Tak się składa, że to nasza ostatnia noc pod włoskim niebem. Jutro pozostaje nam tylko zdobycie ostatniej zaplanowanej góry – Piz Boe i długi powrót do Polski.
Wracając na chwilę do szczytu Col Rodella – górę polecam Wam z całego serca. Szczyt wybraliśmy dość spontanicznie – bo wyglądał dobrze z Canazei i był w miarę blisko, co miało istotne znaczenie w kontekście deszczowych prognoz na popołudnie. Poza tym, wczoraj byliśmy na skalistej Marmoladzie i dzisiaj mieliśmy ochotę na coś nieco bardziej zielonego. Col Rodella spełniła oczekiwania, a nawet, prawdę mówiąc, nieco je przewyższyła. Widoki były nieziemskie, a kawa w schronisku smakowała znakomicie.
Data wycieczki: 15 sierpnia 2025 roku
Statystyki wycieczki: 14 km, 1 050 metrów różnicy wysokości
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.
