Ciucaș (1 954 m n.p.m.) to najwyższy szczyt pasma o tej samej nazwie. Leży na terenie Rumunii, w obrębie południowej części Karpat Wschodnich (nazywanych w Rumunii Carpații de Curbură – Karpatami Zakrzywionymi). Podobnie jak w pasmach sąsiednich, dzika przyroda splata się tu z pasterską tradycją i panoramicznymi widokami. Na tle innych gór wyróżniają się jednak fantazyjne, wapienne formacje skalne, które nadają Ciucașowi wyjątkowy, nieco bajkowy charakter. Pasmo wyposażone jest w schronisko turystyczne – Cabana Vârful Ciucaș, oferujące noclegi oraz restaurację z bogatym wyborem rumuńskich specjałów (znajdziecie tu między innymi lokalne wypieki – papanași).
Spis treści
- Pobudka w paśmie Ciucaș
- Podejście na przełęcz Tigăilor (1 745 m n.p.m.)
- Ciucaș – szczyt
- Ze szczytu Ciucaș do schroniska Cabana Vârful Ciucaș
- Przystanek w Cabana Vârful Ciucaș
- Zejście na ostatnie obozowisko
- Cheia, Prejmer i… koniec!
- Mapa wycieczki
Pobudka w paśmie Ciucaș
Słowem wstępu, Ciucaș to już trzecie pasmo, które zostało przeze odwiedzone w czasie Przejścia Letniego 2023, obozu wędrownego zorganizowanego przez Studencki Klub Górski w Warszawie. Wcześniej odwiedziliśmy monumentalne góry Bucegi oraz odbyliśmy drugą wędrówkę przez sielskie i bezludne Baiului (opisane przeze mnie w dwóch częściach – tu link do pierwszej, a tutaj do drugiej). Ciucaș stanowi więc dla nas zwieńczenie przepięknej, wielodniowej włóczęgi po rumuńskich bezdrożach.
Budzimy się parę minut przed godziną 7. Nasze dzisiejsze obozowisko położone jest na wysokości ok. 1 330 m n.p.m., w odległości około kilometra od komunikacyjnej przełęczy Bratocea (1 272 m n.p.m., oddzielającej góry Ciucaș od Baiului). Ponieważ do spania wybraliśmy miejsce na otwartym terenie, od samego początku możemy raczyć się sympatycznymi widokami na okoliczne szczyty. Szczególną uwagę przykuwa majacząca na północy charakterystyczna grupka skałek – Sfinxul Bratocei. Swoją drogą, występowanie licznych formacji skalnych jest dużą osobliwością pasma Ciucaș. Na podłożu zbudowanym z typowego fliszu karpackiego znajdziemy sporo nieregularnych ostańców wapiennych o rozmaitych kształtach i rozmiarach. Dzisiejszy dzień upłynie więc pod znakiem ciągłego przyglądania się tym geologicznym cudeńkom.


Podejście na przełęcz Tigăilor (1 745 m n.p.m.)
Dzisiejszy trekking rozpoczynamy około godziny 9 od dość wymagającego podejścia. Idziemy szlakiem znakowanym na czerwono, prowadzącym przez cały czas przez grzbietową polanę. Poruszamy się teraz wzdłuż podwójnej granicy: administracyjnej (między okręgiem Braszów a Prahova) i historycznej (między Siedmiogrodem, zwanym też Transylwanią a Wołoszczyzną). Na wysokości ok. 1 450 m n.p.m. mijamy Releu Bratocea – widziany już z daleka nadajnik telewizyjny. Za nami materializuje się natomiast rozległa panorama na dobrze nam już znane pasmo Baiului. Po pokonaniu niespełna dwóch kilometrów, ok. godziny 9.45, meldujemy się bezpośrednio przy formacji skalnej Sfinxul Bratocei (ok. 1 550 m n.p.m.). Prawdę mówiąc, z bliskiej odległości nie robi ona takiego wrażenia, jak oglądana z pozycji naszego dzisiejszego obozowiska. Formacja zawdzięcza swoją nazwę temu, że jedna z tutejszych skałek przypomina ludzką twarz ze spuszczonym wzrokiem, co któremuś z obserwatorów musiało najwyraźniej skojarzyć się z mitycznym sfinksem.
Powyżej Sfinksa czeka nas jeszcze kilkadziesiąt metrów stromego podejścia, po czym szlak na dłuższy odcinek łagodnieje. Cały czas idziemy otwartym terenem, wąską ścieżką pomiędzy niskimi krzewami. Z prawej strony towarzyszy nam fantastyczna panorama na drugi grzbiet pasma Ciucaș wraz z jego najwyższym szczytem – Gropșoarele (1 883 m n.p.m.). Najwspanialszy widok odsłania się jednak dopiero dalej – na trawersie szczytu Bratocea (1 827 m n.p.m.). Z tego miejsca rozpościera się niesamowita panorama na obłe skałki budujące zbocza szczytu Tigăile Mari (1 844 m n.p.m.). Wygląda to naprawdę magicznie – jak z jakiejś bajki czy filmu fantasy… Spójrzcie zresztą na te zdjęcia! W ten sposób, w otoczeniu obłędnych widoków, docieramy do przełęczy Tigăilor (1 745 m n.p.m.), oddzielającej Bratoceę od Ciucaș. Ponieważ Asia, piastująca obecnie funkcję naszego przewodnika, ogłasza przerwę, jak jeden mąż kładziemy się na zielonej polanie.
Jak już wspominałem w moich poprzednich rumuńskich wpisach, Przejście Letnie 2023 to specyficzny egzamin, mający za zadanie zweryfikować czy zdający nadaje się na przewodnika górskiego Studenckiego Klubu Górskiego w Warszawie. Poza cykliczną wymianą „na prowadzeniu”, każdy z kursantów przygotowuje swoją własną gawędę, której temat krąży wokoło gór i Siedmiogrodu. Nic więc dziwnego, że także i obecną przerwę umilają nam tematyczne opowieści – Asia mówi o geologii Karpat, a Alicja o historii państwa i narodu rumuńskiego.







Ciucaș – szczyt
Po solidnej dawce nowej wiedzy, ponownie zakładamy plecaki i ruszamy w dalszą wędrówkę. Znajdujący się przed nami odcinek nie jest jednak ani długi, ani przesadnie męczący – podejście z przełęczy Tigăilor na szczyt Ciucaș (1 954 m n.p.m.) liczy sobie kilometr i wymaga pokonania 200 metrów różnicy wysokości. Najwyższy punkt przemierzanego przez nas pasma osiągamy ok. godziny 13, a więc cztery godziny po opuszczenia obozowiska przy przełęczy Bratocea. Szczyt oferuje prześliczną panoramę widokową na całe góry Ciucaș oraz na wiele grzbietów sąsiednich (w tym na poznane przez nas wcześniej Baiului). Na wierzchołku dumnie powiewa rumuńska flaga, z którą większość z nas ochoczo cyka sobie pamiątkowe zdjęcia.





Ze szczytu Ciucaș do schroniska Cabana Vârful Ciucaș
Kilkaset metrów po zejściu z góry Ciucaș, na wysokości ok. 1 870 m n.p.m., docieramy do kolejnej ciekawej formacji skalnej – Babele la Sfat (w wolnym tłumaczeniu – „Babcie na naradzie”). Cóż… muszę przyznać, że bogactwo form krasowych w tym paśmie robi naprawdę solidne wrażenie. Jakby tego było mało, zaraz po minięciu Babele la Sfat, odsłania się przed nami widok na kolejne cudo – skałki budujące kopułę szczytową Tigăile Mari (1 844 m n.p.m.). Mówiłem już, że to pasmo niesamowicie przypomina baśniową krainę z filmu fantasy?
Na sam wierzchołek jednak nie wchodzimy, ponieważ szlak trawersuje jego zbocze od strony północnej. Trawers ten jest zresztą najbardziej wymagającą częścią dzisiejszego trekkingu. Ścieżka wyraźnie się tu zwęża oraz prowadzi skalnym, sypkim wąwozem. Mimo zachowania podwyższonej ostrożności, na tych zdradliwych kamyczkach przejechała się część naszej grupy. Sytuację dodatkowo komplikują ciężkie plecaki, znacznie utrudniając zachowanie równowagi.
Mało gościnna część naszego szlaku ciągnie się przez ok. kilkaset metrów. Zaraz po jej sforsowaniu wracamy jednak na szeroką, przyjazną ścieżkę. Idąc cały czas otwartym terenem, trawersujemy szczyt Muntele Chirușca (1 664 m n.p.m.). Przed nami znajduje się natomiast ciekawa panorama na wschodnią część pasma Ciucaș, a mianowicie na masyw Gropșoarele (1 883 m n.p.m.). Z bliska łatwo dostrzec, że jest to grzbiet wyraźnie odmienny od tego, na którym obecnie się znajdujemy. O ile partie szczytowe również pokrywa otwarta połonina, tak formacji skalnych jest tam już zdecydowanie mniej.
Jeszcze tylko kilkaset metrów łagodnego zejścia i… mamy to! Oto meldujemy się w pierwszym od wielu dni schronisku turystycznym – Cabana Vârful Ciucaș, znajdującym się na wysokości ok. 1 590 m n.p.m. Cywilizacjo, oto jesteśmy!






Przystanek w Cabana Vârful Ciucaș
Cabana Vârful Ciucaș dysponuje 60 miejsc noclegowych w 18 pokojach, urządzonymi w standardzie trzygwiazdkowego hotelu. Obiekt dysponuje m.in. prądem, bieżącą wodą, telewizją kablową, toaletami w środku oraz restauracją, serwującą tradycyjne, rumuńskie dania. Za dodatkową opłatą, obsługa schroniska zapewnia dowóz turystów samochodem terenowym prosto do obiektu. Pierwszy budynek stanął w tym miejscu w 1937 roku, ale obecna konstrukcja pochodzi z 2008.
Pierwszą rzeczą, którą czynimy w schronisku jest… odwiedzenie toalety. Jakkolwiek to brzmi, od paru dni nie mieliśmy okazji skorzystać z normalnej umywalki. Kiedy sam spoglądam w lustro, orientuję się, że, mówiąc najłagodniej, lekko zarosłem. Chwytam więc golarkę i przez następne parę minut doprowadzam swoją twarz do względnego porządku. W schronisku robimy sobie więc dłuższą przerwę, a większa część naszej grupy zamawia lokalną słodycz – papanasi. Jest to rodzaj smażonych lub gotowanych pączków twarogowych, podawanych na ciepło, zazwyczaj oblanych śmietaną lub domowym dżemem. O ile deser faktycznie smakuje świetnie, tak problemem w schronisku staje się… czas oczekiwania. Ostatni zamawiający dostają swój przysmak ponad godzinę od złożenia zamówienia.
Według wstępnego planu, po opuszczeniu schroniska nasza grupa ma udać się w dalszą drogę czerwonym szlakiem i zdobyć jeszcze dzisiaj szczyt Gropșoarele. Ponieważ jednak ani czas, ani zbiorowe morale na to nie pozwalają, nasz obecny przewodnik – Kuba, postanawia skrócić długość trekkingu. Ze schroniska obieramy więc szlak żółty, biegnący łagodną, leśną ścieżką.


Zejście na ostatnie obozowisko
Nieco ponad trzy kilometry wędrówki żółtym szlakiem i meldujemy się przy asfaltowej drodze, prowadzącej do niewielkiego osiedla kwater turystycznych (ok. 1 270 m n.p.m.). W tym miejscu obieramy czerwony szlak turystyczny, schodząc w kierunku naszego dzisiejszego miejsca noclegowego – sympatycznej polanki na wysokości ok. 1 000 m n.p.m. Naszemu ostatniemu zejściu towarzyszy prześliczny widok na sąsiedni masyw gór Tătaru.
Jednym z powodów, dla których Kuba podjął decyzję o skróceniu dzisiejszego trekkingu była chęć zorganizowania długiego, klimatycznego wieczora przy ognisku. No i faktycznie. Na polanie jesteśmy w godzinach późno popołudniowych, co daje nam szansę na spokojne rozłożenie obozowiska. Sporym ułatwieniem jest także to, że na polanie leży powalone drzewo, a przy jej granicy przepływa strumyk. Przygotowanie ogniska idzie więc dzisiaj dosyć sprawnie, a w ostatecznym rozrachunku siedzimy przy nim dłużej niż zwykle. Myślę sobie, że to dobre zwieńczenie tej wyprawy. Na tego typu wyjazdach nie chodzi przecież o bicie sportowych rekordów, ale raczej o spędzanie czasu razem, o wpadnięcie w przyjemny stan melancholii, o zatrzymanie się na moment, w tym naszym pędzącym, zwariowanym świecie.
Na ostatnim ognisku rozbrzmiewa śpiew piosenek turystycznych oraz padają liczne podziękowania. Każdy uczestnik wyprawy dostaje specjalną metalową zawieszkę z nazwą organizatora – Studencki Klub Górski w Warszawie oraz dewizą wyjazdu – dzikość w sercu na co dzień. Po przyjeździe do Polski, przytroczyłem sobie tę pamiątkę do mojego ukochanego turystycznego plecaka. Od tej chwili, rumuński akcent towarzyszy mi w każdej górskiej wycieczce, przemierzając ze mną tysiące kilometrów po dziesiątkach różnych pasm. Na ognisku rozdawane są także specjalne, personalizowane odznaki. Osobiście trafia mi się wyróżnienie dla „troskliwego brata”, a to ze względu na mój nieskrywany niepokój, gdy pewnego popołudnia Martyna zbyt długo nie wracała z wodą z jaru.
W ten właśnie sposób mija nam ostatni dzień w rumuńskich górach. Następnego dnia zwijamy obozowisko i schodzimy do pobliskiej miejscowości Cheia. Niby czasu w górach było sporo, niby człowiek już trochę tym wszystkim zmęczony, ale… jest mi naprawdę szkoda!



Cheia, Prejmer i… koniec!
W miejscowości Cheia zwiedzamy prześliczny, XIX-wieczny kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, a następnie wsiadamy do busa. Jadąc pięknymi, transylwańskimi drogami dojeżdżamy do miejscowości Prejmer. W jednym z tutejszych parków (nie zapomnę tego nigdy, ale to dobre wspomnienia!) zjadamy liofilizaty, z braku wody zalewane… herbatą. W mieście zwiedzamy jeden z charakterystycznych dla tego regionu kościołów warownych, wpisany zresztą na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zbudowany został jeszcze przez Krzyżaków, a rozwijany był przez mieszkających tu przez stulecia Niemców, tzw. Sasów siedmiogrodzkich.
Po zwiedzaniu Prejmeru, czas wracać do Braszowa. Na ostatnią noc w Rumunii meldujemy się w tym samym hostelu, w jakim cała ta nasza przygoda się zaczęła. Piękna klamra kompozycyjna, prawda? A wrażenia z wyjazdu? Wow… Wyjazd do Rumunii był dla mnie przede wszystkim… intensywny, a to ze względu na to, że wywołał we mnie całą gamę wszelkich możliwych emocji: od złości, żalu, zrezygnowania po zachwyt, radość i satysfakcję. Poznałem tu wiele ciekawych osób, przeprowadziłem dziesiątki interesujących rozmów, nauczyłem się wiele nowych turystycznych umiejętności. Przez blisko dwa tygodnie żyłem w grupie, w której stale ze sobą współpracowaliśmy oraz ciągle byliśmy od siebie współzależni.
Wszystko to powoduje, że wyjazd do Rumunii uważam za doświadczenie niezwykle wartościowe. Cieszę się, że całkowicie przypadkowo trafiłem na ten obóz wędrowny, kosztując czegoś nowego, intensywnego, przepięknego… Dziękuję SKG w Warszawie za organizację oraz wspaniały urlop. No i pamiętajcie… Dzikość w sercu na co dzień :).
Data wycieczki: 17 sierpnia 2023 roku
Statystyki wycieczki: 17,5 km; 900 metrów różnicy wysokości
Dziękuję Alicji Szostak (zobacz IG!) oraz Michałowi Kobryniowi (zobacz IG!) za podzielenie się pięknymi zdjęciami!
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie bądź zapisania się na newsletter! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.
Mapa wycieczki




2 thoughts on “Ciucaș (1 954 m n.p.m.) – najwyższy szczyt gór Ciucaș ”