Historie o gruzińskiej gościnności słyszał chyba każdy. Jednak mi, aż do opisanego tutaj dnia, bardziej rzuciła się w oczy ich pazerność na każdy pieniądz turysty. Nasza wędrówka z wioski Kala do Tsvirmi okazała się jednak prawdziwą szkołą przetrwania, która jednocześnie pokazała nam, że prawdziwy Gruzin to naprawdę pomocny człowiek. A że każdy pomaga jak może, a punkt widzenia zależy od sytuacji, to nauczymy się tego dnia doceniać suchy chleb, jajka, każdy najmniejszy nawet łyk wody, tanie piwo – a już na pewno domowe chinkali prosto z grilla. Naszym głównym celem dnia był szczyt Chkhunderi (3036 m n.p.m.), ale prawdziwym wyzwaniem okazało się z pozoru łatwe zejście. Zapraszam serdecznie na opis szóstego dnia naszej backapingowej podróży po Swanetii!
Spis treści
- Najważniejsze informacje
- Wyjście z Kala
- Szlak z Kala do Iprari
- Iprari – Chkhunderi (3036 m n.p.m.)
- „Spacer” grzbietem Chkhunderi
- Zejście do Tsvirmi
- Mapa wycieczki
Najważniejsze informacje
- Wioska Kala jest naprawdę maleńka, nie oferuje infrastruktury turystycznej (jeden mały bar) ani sklepu. Znacznie dogodniejsza na nocleg jest położone bardzo blisko (chociaż 200 metrów wyżej) Iprari.
- Iprari stanowi punkt noclegowy dla osób podróżujących pieszo z Mestii do Ushguli, ale dzielących wyprawę na 3 dni – w takim wariancie często właśnie w tej wiosce spędza się drugą noc. Przy żółtym szlaku prowadzącym z Kala do Iprari znajduje się sklep nieoznaczony na mapie, a otwarty w dniu naszej wędrówki (lipiec 2025).
- Ipari (UWAGA: Ipari i Iprari to dwie różne wioski oddalone od siebie o kilkanaście kilometrów) również nie oferuje infrastruktury turystycznej, ani otwartych sklepów (stan na lipiec 2025). Znacznie atrakcyjniej pod tym względem prezentuje się Tsvirmi i Chobani.
- Ścieżka z Ipari do Tsvirmi jest dobrze widoczna i łatwa orientacyjnie. Na drodze stoi jednak kościół zacięcie strzeżony przez szczekające psy, zmuszające turystów do zboczenia z trasy, by ominąć ich teren szerokim łukiem.
Wyjście z Kala
Do Kala docieramy dzień wcześniej, po przejściu 25-kilometrowego odcinka z Ushguli.
Tego dnia, ze względu na brak jakiegokolwiek sklepu w naszej wiosce, korzystamy z oferty śniadaniowej naszej gospodyni. Mamy jednak poważny problem – tak jak jedzenia na śniadanie, tak brakuje nam również jakiegokolwiek prowiantu na drogę. Konieczne staje się zatem wyproszenie dodatkowego wyżywienia w miejscu noclegu. Poczciwa gospodyni aż emanuje gościnnością – zasadniczymi problemami były jednak zupełny brak możliwości porozumienia się po angielsku i bardzo słaby zasięg, aby skorzystać z translatora. Na migi udaje nam się mniej więcej zakomunikować nasze potrzeby, ale zawartość pakunku z jedzeniem pozostaje dla nas zagadką aż do ostatniej minuty przed wyjściem w trasę. Wtedy to w ręce włożona nam zostaje paczka z ogórkiem, dwoma jajkami oraz kromką chleba. Z wdzięczności dajemy kobiecie odpowiednią ilość lari i tak zaopatrzeni ruszamy na zdobycie kolejnego (i już ostatniego) trzytysięcznika – Chkhunderi (3036 m n.p.m.).

Szlak z Kala do Iprari
Nasza dzisiejsza trasa wiedzie nieoznakowanymi oficjalnie ścieżkami. Oczywiście takie poruszanie się w Kaukazie jest w 100% legalne. Problematyczne bywa jednak znalezienie aktualnych informacji o istnieniu i trudności danego wariantu.
Trzytysięczny grzbiet pomiędzy miejscowością Kala, a Iprari przykuł moją uwagę już w momencie, gdy zmierzaliśmy z Mestii do Ushghuli. To wtedy postanowiliśmy, że właśnie tamtędy marzy nam się odbyć drogę powrotną i zatoczyć w ten sposób malownicze koło. Pasmo nie jest na mapie podpisane żadną nazwą, ale według mapy.cz wiedzie tam ścieżka. Z naszej miejscowości Kala konieczne wydawało się jedynie dostanie na szczyt Chkhunderi (3036 m n.p.m.). Stamtąd, odbijając w lewo w kierunku północno-zachodnim powinniśmy spokojnie dotrzeć do wioski Ipari.
Ruszając z naszej noclegowni musimy ponownie zejść do drogi głównej i cofnąć się w stronę, z której przyszliśmy dzień wcześniej. W miejscu, w którym do jezdni dociera nasz czerwony szlak z dnia poprzedniego, my odbijamy tym razem w lewo – szlak żółty. Trasa prowadzi nas aż do kościoła w Iprari. Maszerujemy po szerokiej, żwirowej drodze, z którą bez problemu można poruszać się terenowym samochodem. Po zaledwie dwóch kilometrach i około 200 metrach przewyższenia docieramy do małej miejscowości. Tu czeka nas niespodzianka – wioska jest pełna turystów (oczywiście „pełna” jak na tutejsze standardy, czyli nadal całkiem przytulna)! Niemniej jednak, mijamy tutaj duży autobus turystyczny (jak on tu wjechał?) oraz sklep! Adrenalinka początku dnia sprawia, że zawierzam naszemu domowemu prowiantowi i nie dokupuje żadnych wzmacniających łakoci ani wody. Tej decyzji mam jednak później srogo żałować.

Dopiero docierając do Iprari uświadamiam sobie nasz błąd. Wybraliśmy na nocowanie wioskę Kala, sugerując się jej położeniem przy głównej drodze, a co za tym idzie, większą szansą na sklep bądź jakiś inny przejaw cywilizacji. Tymczasem to właśnie Iprari jest znacznie częściej odwiedzane przez turystów, gdy wybierają oni trzydniową wersję wędrówki z Mestii do Ushguli – to jest wówczas klasyczne miejsce na drugi nocleg. My drogę do Usghuli skróciliśmy do dwóch dni (zapraszam do relacji z tego dnia wyprawy), przeoczając tym samym ten ważny fakt.
Iprari – Chkhunderi (3036 m n.p.m.)
W Iprari musimy zejść ze szlaku. Odbijamy więc w lewo – na nieoznakowaną ścieżkę w kierunku Chkhunderi (3036 m n.p.m.). Czeka nas kolejna sroga wyrypka w postaci około 1000 metrów w pionie na zaledwie czterech kilometrach dystansu. Już po kilkudziesięciu metrach okazuje się, że trasa jest łatwa i oczywista jedynie na mapie. W rzeczywistości ścieżka praktycznie nie istnieje. Przez następne kilkaset metrów przedzieramy się przez gęsty las, co i rusz sprawdzając kierunek na telefonie.

Na szczęście po pewnym czasie, na wysokości około 2200 m n.p.m., udaje nam się dotrzeć na istniejącą i widoczną ścieżkę. Luksusem tym cieszymy się przez następne 200 metrów w pionie. Na wysokości 2400 m n.p.m. wychodzimy z lasu na przeogromną polanę usianą kwiatami. Tutaj ścieżka ponownie się urywa, ale przedzieranie się przez trawy i sięgające do kolan kwiaty jest zdecydowanie łatwiejsze niż nawigacja w lesie.

Widoki zapierają dech w piersiach. W oddali majaczy nam nasz pierwszy dzisiejszy cel, a za nim pojawiają się ośnieżone giganty – Tetnuldi (4 858 m n.p.m.), Adishi, Lakutsa-Laartkol. Podejście jest jednak na tyle strome, że moje myśli krążą głównie wokół liczenia kroków dla utrzymania rytmu. Ostatnie 200 metra przewyższenia i sam szczyt to symetryczne, piramidokształtne wzgórze porośnięte niską trawą. U celu – na szczycie Chkhunderi (3036 m n.p.m.) – robimy sobie zasłużoną przerwę i raczymy się jajkami od naszej gospodyni. Pomimo trudów podejścia, humory zdecydowanie nam dopisują. Z pozytywnym nastawieniem patrzymy na trawiastą grań przed nami. W końcu najtrudniejsza część dzisiejszego dnia już za nami, prawda? Oj, w jakim byliśmy błędzie.




„Spacer” grzbietem Chkhunderi
Schodząc ze szczytu nie widzimy żadnej ścieżki, ale orientacja jest tutaj bardzo łatwa i oczywista. Zasięg również działa doskonale, więc o poprawności kierunku możemy regularnie utwierdzać się na mapie z gps. Oficjalnie ścieżka powinna trawersować następny szczyt Tsimirgash-Zagari (3015 m n.p.m.), ale ponieważ w praktyce to my wyznaczamy jej przebieg, wierzchołek postanawiamy jednak zdobyć. Kosztuje nas to dodatkowe 100 metrów przewyższenia, a widoki pozostają takie same jak z innych punktów na grani, więc zasadność takiego postępowania każdy powinien rozpatrzyć indywidualnie.

Sama grań nie okazuje się łatwym spacerkiem. Teren jest w tym miejscu bardzo nierówny, a my co chwilę tracimy bądź zdobywamy kolejne kilkadziesiąt metrów przewyższenia. Niemniej jednak, dosyć sprawnie pokonujemy następne 3 kilometry i docieramy do pierwszego od dawna znaku cywilizacji. Jest to kierunkowskaz szlakowy dumnie wskazujący, że aby dostać się do Ipari (na znaku widnieje nazwa innej pobliskiej wioski – Vichnashi) powinniśmy kontynuować wędrówkę 4,5 km prosto.

Bez problemu zdobywamy ostatni szczyt na grani – Lagilda-Zagari (3001 m n.p.m.). Teraz czeka nas już tylko spacer w dół. Pierwsze oznaki problemów rozpoczynają się po utracie 100-200 metrów wysokości. Trawy stopniowo stają się coraz wyższe, a teren nierówny i grząski. Każdy krok wymaga tu znacznie więcej wysiłku, a wycieczka wydłuża się ze względu na konieczność dokładnej obserwacji terenu, by jak najskuteczniej omijać kępy wysokiej do pasa trawy.

To jednak niestety nie koniec niespodzianek. Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu grzbiet zaczyna znacznie się zawężać. Gdzieniegdzie prześwitują bardzo kruche skały, a ziemia niebezpiecznie osuwa się bokami. Co więcej, nadal nie ma absolutnie żadnego śladu ścieżki. Nasza wędrówka chcąc nie chcąc staje się jeszcze wolniejsza. W sytuacji braku prowiantu i dużego deficytu wody, budzi to we mnie niemały niepokój. Wkrótce przed nami pojawia się ogromna kilkunastometrowa ścianka, którą wymijamy od prawej strony, po przeraźliwie stromej i sypkiej kruszyźnie. Nie ukrywam – w tym momencie na poważnie zaczynam bać się o nasze nieciekawe położenie. Po owej przeszkodzie jest jednak tylko gorzej. Jak nie stroma grań to trawy do szyi, jak nie trawy – to gąszcza krzewów, które nieprzyjemnie ranią mi nogi i sprawiają, że każdy krok to udręka.


Zejście do Tsvirmi
Oznaczona na mapie ścieżka, w rzeczywistości nie pojawiła się ani na moment. Skrajny dyskomfort i deficyty wody sprawiają, że po opisywanej wędrówce nie pozostały mi niemal żadne zdjęcia. W czasie marszu dużą nadzieję daje nam obszar na mapie oznaczony jako pole namiotowe – niestety i ów teren okazuje się jedynie łąką, za którą ponownie konieczne stało się zagłębienie w gęsty las (gęsty nawet jak na standardy gruzińskie – w Polsce takiej gęstwiny nigdy nawet nie widziałam).

Na wysokości około 2000 m n.p.m. zauważamy, że gęstwiny znacznie się przerzedzają. Obniżając się o kolejne 100-200 metrów, niespodziewanie trafiamy na obszar wycinki drzew – jesteśmy uratowani! Od tego momentu zmierzamy już szeroką leśną drogą dojazdową – czymś co w tamtym momencie wydaje mi się niemal autostradą. Jeszcze więcej radości dostarcza nam dotarcie do strumienia. Wątpliwa jakość wody zmusza mnie do użycia filtra, ale w końcu, po wielu godzinach na piekącym słońcu, mam płyn!
Ipari to wioska położona na wysokości ok. 1500 m n.p.m. Docieramy do niej z ogromną nadzieją. A co spotykamy? Kilka zabitych dechami budynków i puste uliczki. Odrodzone niedawno morale znowu sięgają dna, ale co zrobić? Z nikłą nadzieją ruszamy w kierunku, w którym wedle mapy.cz ma znajdować się sklep. Sklepu nie ma, ale nasze ciekawskie spojrzenia przyciągają uwagę mieszkańca owej posiadłości. Starszy pan ochoczo zachęca nas do wejścia do ogrodu, potakując na słowo „shop” i wskazując za siebie. Z wahaniem idziemy za nim i trafiamy na ogrodową posiadówkę 5-6 Gruzinów. Generalnie zawsze zakładałam, że nie mam problemu z asertywnością w takich sytuacjach, ale perswazja owej grupy okazuje się dla mnie nie do pokonania. I tak przez najbliższą godzinę czy dwie siedzimy z Gruzinami, zajadamy się przepysznymi domowymi chinkali i degustujemy gruzińską cha-cha. Tutaj muszę zaznaczyć, że panowie chcieli wlać w nas zatrważającą wprost ilość mocnego trunku. Mi jako kobiecie (czy wam się podoba czy nie, tam panuje jeszcze taka kultura) udaje się jakoś odmówić jego nadmiernych ilości, ale Mateusz ma naprawdę trudne wyzwanie do pokonania. Podczas gdy mi oferowano umiarkowanie smaczne drinki w postaci piwa z cha-cha, on musiał stawić czoła palącej, wysokoprocentowej nalewce.
Zabawa zabawą, gościnność gościnnością, ale w momencie, gdy pojawiają się silne propozycje noclegu u obcych całe zdarzenie zaczyna być dla mnie zbyt niekomfortowe. Nie mogę odebrać im przyjacielskiego nastawienia, ale nie dało się nie zauważyć, że w całym tym wydarzeniu kobieta pojawiła się tylko raz (i to w roli kucharki donoszącej chinkali na grilla). Na poczekaniu wymyślam więc wymówkę o czekającym na nas noclegu w pobliskiej (ale położonej 300 metrów wyżej) wiosce Tsvirmi. Po dłuższej chwili udaje mi się przekonać Gruzinów, że naprawdę musimy już iść i razem z Mateuszem wydostajemy się poza domostwo, na ścieżkę wiodącą do naszego „noclegu”.
W pewnym oddaleniu od imprezowej grupy mój stres opada, zastąpiony przez niezwykle dobry humor, niechybnie spowodowany pełnym brzuchem i niemałą ilością mocnego alkoholu. Strome podejście mija nam zatem niesamowicie szybko. Na szczęście w większości ścieżka jest zupełnie dobrze widoczna (mimo, że również i tutaj nie prowadzi żaden, oznakowany kolorem szlak).


Noclegu w Tsvirmi zarezerwowanego oczywiście nie mamy. Wcześniej liczyliśmy, że spontanicznie uda nam się znaleźć coś w Ipari, tak jak to robiliśmy w poprzednich dniach. Chociaż Ipari nas rozczarowało, na pewno nie można tego powiedzieć o Tsvirmi. Docierając do wioski odnosimy wrażenie, że jest to miejsce, które upodobały sobie bogate gruzińskie rodziny. Nie brakuje tu co prawda znanych nam już podupadłych chatek, ale uwagę przykuwają przede wszystkim prawdziwe wille, otoczone bogato zdobionymi płotami i monitoringiem. Bez problemu rezerwujemy tutaj naprawdę wygodny nocleg, a zmęczenie dzisiejszym dniem sprawia, że Mateusz zasypia niemal od razu, a ja – krótko po nim. Co za dzień!
Data wycieczki: 27 lipca 2025 roku
Statystyki wycieczki: 28,6 kilometrów, 2 194 metrów różnicy wysokości
Dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie mojego wpisu! Jeśli chcesz być na bieżąco z nowymi treściami, zapraszam do śledzenia mnie na Facebooku i Instagramie! Będę wdzięczny za każde polubienie, komentarz i udostępnienie. Jeżeli uważasz moje treści za wartościowe i chcesz mnie wesprzeć, zapraszam do postawienia mi wirtualnej kawy na buycoffee.to.


One thought on “Chkhunderi (3 036 m n.p.m.), czyli trekking z Kala do Tsvirmi [Swanetia dzień 6]”
Comments are closed.